Misja VI: Oczyszczenie
Moderatorzy: Scar Beal, Xardas348, Rezo, Ragnar
- Pete_Be(a)st
- OPJ - Mistrz Jedi

- Posty: 133
- Rejestracja: 20 kwie 2009, o 17:54
- Imię Postaci: Azagoth'
- Xfire: petebeast997
- GaduGadu: 10062089
Misja VI: Oczyszczenie
<Widzisz rozświetlający się po archiwum zapis holograficzny raportu Mistrza Azagoth'a, z przejęciem wyczytujesz zdażenia mające miejsce podczas misji na Tatooine>
~Naszym oficjalnym celem misji było tzw. „oczyszczenie” tajemniczej krypty znajdującej się na obrzeżach miasta na Tatooine. Wyruszyliśmy bezzwłocznie, ja Azagoth’, Rycerz Scar Beal, Padawani: Dreydahh i Venril oraz Uczeń Jedi Shilion. Z początku czułem że zadanie będzie jak najbardziej proste, myliłem się.
W drodze na Tatooine, dowódca statku Wielki Mistrz Van Sin, zrobił nam małe zebranie. Opracowywaliśmy plan, staraliśmy się dotrzeć do sedna pułapki jaka nas czeka, nawracaliśmy do naszych medytacji. Czas leciał, nieubłagalnie. Mistrz Sin odleciał promem zostawiając nas na pobliskiej stacji tuż przy atmosferze Tatooine. Wysiedliśmy by ochłonąć nasze umysły jak i silniki naszego wahadłowca. Pomyślałem że chwilę się rozejrzymy zanim wejdziemy w głąb atmosfery. Trochę informacji, przyswoi naszą podróż, stwierdziłem i poprowadziłem jedi po stacji. Nie minęło zbyt wiele czasu gdy się nie spostrzegliśmy że wokół nas stoi na strazy pełno wojsk imperium, w większości byli groźnie wyglądający rodianie, mieli specyficznie ułożone rysy i byli uzbrojeni w snajperki. Ciągle śledzili nasze ruchy do momentu kiedy jeden z nich nie zaczął mówić coś do komunikatora. Byłem bardzo skupiony, wokół mnie czuć było narastającą moc, nie były to raczej negatywne wibracje, rodianie byli dla mnie wyczuwalni jako zwykli strażnicy. Uspokajałem grupę, kiedy wtem przed naszymi oczyma widać było przelatującą wiązkę blastera. Padawan Dreydahh jako pierwszy odruchowo włączył miecz świetlny, pociski zaczęły narastać w naszą stronę. Odpieraliśmy ataki ze strony oponentów, by jak najszybciej się stąd wyrwać.
W transie telepatycznym zacząłem rozbrajać wroga, przy okazji uspokajając balans mocy moich sprzymierzeńców. Wszyscy staraliśmy się robić to tak żeby nie było żadnych ofiar, wystarczyło rozbroić broń wroga, i dać mu odejść. Po pewnym czasie, ciągłego odpierania ataków najemników, postanowiliśmy wreszcie przejść przez atmosferę Tatooine.
Wsiadłszy na wahadłowiec, nakazałem Rycerzowi Scar’owi żeby wleciał w głąb Tatooine. Po kilku zamaszystych manewrach statku wreszcie przelecieliśmy przez mglistą atmosfere Tatooine. Lądowanie utrudniło nam zwarcie systemu lądowniczego, przez co lekko się poturbowaliśmy, na szczęście wyszliśmy z tego żywi.
Od razu po przylocie, miałem złe przeczucia co do naszej misji. Razem z Rycerzem Scar Beal’em, rozproszyliśmy się na grupy. Prócz stacji na której przesiadują wojska imperium, nasze oczekiwania spłonęły wraz z nadejściem ogromnego, plugawego, rządnego krwi i świeżego mięsa… Rancora. Nakazałem grupie ucieczke w góry, sam zaś starałem się przytrzymać Rancora mocą, lecz bezskutecznie. Razem z całą grupą zakłopotani wahaliśmy się co do naszych planów. Grupa Scar’a została zaatakowana przez następnego Rancora. My na szczęście byliśmy bezpieczni siedząc na skarpie. Zaś odważny Rycerz Scar Beal, próbował odciągnąć straszliwego Rancora od swoich padawanów.
Po długotrwałym „użeraniu” się z Rancorami, dotarliśmy do punktu spokoju. Rancorom powiodło się, oddalili nas od krypty…
Znajdowaliśmy się tuż za siedzibą wojsk imperium. Byliśmy lekko poobijani. W mojej głowie roił się niepokój przewijany negatywnym impulsem mocy, który jeszcze bardziej pognębiał moje stanowisko w misji. Stałem nieopodal bunkru, kryjąc się za nim kiedy coś nagle zrzuciło mnie na ziemię. Wywołałem reakcje łańcuchową uwalniając tym samym garstke kamyczków ujawniających naszą obecność. Szybkim ruchem wskoczyliśmy razem na bunkier, dalej ciagle skryci. Wokół stało wielu rakietników, nie mieliśmy wyboru musieliśmy się przedrzeć przez grupy oponenta.
Wszyscy razem włączyliśmy miecze ujawniając nasze postacie. Rakietnice bezpośrednio zaczęły nas nakierowywać. Rozdzieliliśmy się, moc umacniała nasze zmysły… Razem z Rycerzem Scar Beal’em rozbijaliśmy zastępy wroga, starając utworzyć się otwartą drogę ucieczki. Nie było jednak tak jak przypuszczaliśmy. Siły wroga zaczęły narastać, coraz więcej rakietnic i snajperów zastępowało nam drogę. Nasze skupienie i morale w walce natychmiastowo zaczęły spadać, martwiłem się o naszych padawanów. Wszystko się pokomplikowało. Uciekaliśmy zranieni, jak najszybciej do schronu. Będąc już na pewien czas bezpieczni, zauważyłem że Scar jest bardzo ranny, większość pocisków wycięczyło jego ciało jak i całą witalną energię, nie był w stanie walczyć. Starałem się doprowadzić go do lepszego stanu, połączyłem się w mocy z jego tkankami, wpływając na nie swoimi specjalistycznymi właściwościami przyspieszania gojenia ran. Nie było to zbyt skuteczne, w porę przybył Padawan Dreydahh, który podtrzymał Scara na duchu. Ja poszedłem odszukać innych jedi.
Po pewnym czasie odszukałem zakłopotanego Shiliona. Pośpieszyłem na odsiecz, wojska dzielnie miały nas na uwadze. Shilion był lekko przestraszony, choć cały czas odważnie podchodził do zadania. Byliśmy praktycznie otoczeni ze wszystkich stron, w mocy widziałem przetaczające się zastępy rakietników i strzelców, było ich coraz więcej. W ostatnim tchnieniu, podjęliśmy walkę. Ruszyłem jako pierwszy precyzyjnie rozgramiając 3 rakietników, przed próbą wystrzału. Shilion podjął się walki ze strzelcami, przyszedłem w porę i razem podołaliśmy wojskom imperium. Jednak, to nie wszystko. Nadeszła odsiecz, przybywało coraz więcej rakietników formując specjalny szyk.
Wtem, nadleciał pewien wahadłowiec, siły imperium precyzyjnie zwróciły się ku nadlatującemu statkowi. Błękitna powłoka klingi miecza świetlnego zawirowała wokół ciał rakietników, rzucając na mnie bardzo intrygujące spojrzenie.
Przybyłeś w porę, przybyłeś w porę… - Odrzekłem widąc konkretną sylwetkę Van Sina. Ten zaś spojrzał się na mnie ponownie, i poszedł dalej. Postanowiłem rzucić się do walki razem z mistrzem, rozgromiliśmy pół batalionu, wynajdując bezpieczną drogę do promu praxeum. W drodze zająłem się częściowym leczeniem Rycerza Scar Beal'a, był naprawdę bardzo ranny, nie mogłem mu zbytnio pomóc, wystarczyło czekać aż rany się zasklepią...
Powróciliśmy do naszej siedziby ze spuszczonymi głowami, mistrz Sin zrozumiał naszą zgubę. Sprawa z kryptą nie została do końca wyjaśniona, zaniechaliśmy przeszukiwań Tatooine. Postanowiliśmy zająć się czymś bardziej wartościowym.
<Holoprojekcja wyłącza się automatycznie, wychodzisz z archiwum doznając uczucia zdradliwego spokoju>
Mistrz Jedi Azagoth'
~Naszym oficjalnym celem misji było tzw. „oczyszczenie” tajemniczej krypty znajdującej się na obrzeżach miasta na Tatooine. Wyruszyliśmy bezzwłocznie, ja Azagoth’, Rycerz Scar Beal, Padawani: Dreydahh i Venril oraz Uczeń Jedi Shilion. Z początku czułem że zadanie będzie jak najbardziej proste, myliłem się.
W drodze na Tatooine, dowódca statku Wielki Mistrz Van Sin, zrobił nam małe zebranie. Opracowywaliśmy plan, staraliśmy się dotrzeć do sedna pułapki jaka nas czeka, nawracaliśmy do naszych medytacji. Czas leciał, nieubłagalnie. Mistrz Sin odleciał promem zostawiając nas na pobliskiej stacji tuż przy atmosferze Tatooine. Wysiedliśmy by ochłonąć nasze umysły jak i silniki naszego wahadłowca. Pomyślałem że chwilę się rozejrzymy zanim wejdziemy w głąb atmosfery. Trochę informacji, przyswoi naszą podróż, stwierdziłem i poprowadziłem jedi po stacji. Nie minęło zbyt wiele czasu gdy się nie spostrzegliśmy że wokół nas stoi na strazy pełno wojsk imperium, w większości byli groźnie wyglądający rodianie, mieli specyficznie ułożone rysy i byli uzbrojeni w snajperki. Ciągle śledzili nasze ruchy do momentu kiedy jeden z nich nie zaczął mówić coś do komunikatora. Byłem bardzo skupiony, wokół mnie czuć było narastającą moc, nie były to raczej negatywne wibracje, rodianie byli dla mnie wyczuwalni jako zwykli strażnicy. Uspokajałem grupę, kiedy wtem przed naszymi oczyma widać było przelatującą wiązkę blastera. Padawan Dreydahh jako pierwszy odruchowo włączył miecz świetlny, pociski zaczęły narastać w naszą stronę. Odpieraliśmy ataki ze strony oponentów, by jak najszybciej się stąd wyrwać.
W transie telepatycznym zacząłem rozbrajać wroga, przy okazji uspokajając balans mocy moich sprzymierzeńców. Wszyscy staraliśmy się robić to tak żeby nie było żadnych ofiar, wystarczyło rozbroić broń wroga, i dać mu odejść. Po pewnym czasie, ciągłego odpierania ataków najemników, postanowiliśmy wreszcie przejść przez atmosferę Tatooine.
Wsiadłszy na wahadłowiec, nakazałem Rycerzowi Scar’owi żeby wleciał w głąb Tatooine. Po kilku zamaszystych manewrach statku wreszcie przelecieliśmy przez mglistą atmosfere Tatooine. Lądowanie utrudniło nam zwarcie systemu lądowniczego, przez co lekko się poturbowaliśmy, na szczęście wyszliśmy z tego żywi.
Od razu po przylocie, miałem złe przeczucia co do naszej misji. Razem z Rycerzem Scar Beal’em, rozproszyliśmy się na grupy. Prócz stacji na której przesiadują wojska imperium, nasze oczekiwania spłonęły wraz z nadejściem ogromnego, plugawego, rządnego krwi i świeżego mięsa… Rancora. Nakazałem grupie ucieczke w góry, sam zaś starałem się przytrzymać Rancora mocą, lecz bezskutecznie. Razem z całą grupą zakłopotani wahaliśmy się co do naszych planów. Grupa Scar’a została zaatakowana przez następnego Rancora. My na szczęście byliśmy bezpieczni siedząc na skarpie. Zaś odważny Rycerz Scar Beal, próbował odciągnąć straszliwego Rancora od swoich padawanów.
Po długotrwałym „użeraniu” się z Rancorami, dotarliśmy do punktu spokoju. Rancorom powiodło się, oddalili nas od krypty…
Znajdowaliśmy się tuż za siedzibą wojsk imperium. Byliśmy lekko poobijani. W mojej głowie roił się niepokój przewijany negatywnym impulsem mocy, który jeszcze bardziej pognębiał moje stanowisko w misji. Stałem nieopodal bunkru, kryjąc się za nim kiedy coś nagle zrzuciło mnie na ziemię. Wywołałem reakcje łańcuchową uwalniając tym samym garstke kamyczków ujawniających naszą obecność. Szybkim ruchem wskoczyliśmy razem na bunkier, dalej ciagle skryci. Wokół stało wielu rakietników, nie mieliśmy wyboru musieliśmy się przedrzeć przez grupy oponenta.
Wszyscy razem włączyliśmy miecze ujawniając nasze postacie. Rakietnice bezpośrednio zaczęły nas nakierowywać. Rozdzieliliśmy się, moc umacniała nasze zmysły… Razem z Rycerzem Scar Beal’em rozbijaliśmy zastępy wroga, starając utworzyć się otwartą drogę ucieczki. Nie było jednak tak jak przypuszczaliśmy. Siły wroga zaczęły narastać, coraz więcej rakietnic i snajperów zastępowało nam drogę. Nasze skupienie i morale w walce natychmiastowo zaczęły spadać, martwiłem się o naszych padawanów. Wszystko się pokomplikowało. Uciekaliśmy zranieni, jak najszybciej do schronu. Będąc już na pewien czas bezpieczni, zauważyłem że Scar jest bardzo ranny, większość pocisków wycięczyło jego ciało jak i całą witalną energię, nie był w stanie walczyć. Starałem się doprowadzić go do lepszego stanu, połączyłem się w mocy z jego tkankami, wpływając na nie swoimi specjalistycznymi właściwościami przyspieszania gojenia ran. Nie było to zbyt skuteczne, w porę przybył Padawan Dreydahh, który podtrzymał Scara na duchu. Ja poszedłem odszukać innych jedi.
Po pewnym czasie odszukałem zakłopotanego Shiliona. Pośpieszyłem na odsiecz, wojska dzielnie miały nas na uwadze. Shilion był lekko przestraszony, choć cały czas odważnie podchodził do zadania. Byliśmy praktycznie otoczeni ze wszystkich stron, w mocy widziałem przetaczające się zastępy rakietników i strzelców, było ich coraz więcej. W ostatnim tchnieniu, podjęliśmy walkę. Ruszyłem jako pierwszy precyzyjnie rozgramiając 3 rakietników, przed próbą wystrzału. Shilion podjął się walki ze strzelcami, przyszedłem w porę i razem podołaliśmy wojskom imperium. Jednak, to nie wszystko. Nadeszła odsiecz, przybywało coraz więcej rakietników formując specjalny szyk.
Wtem, nadleciał pewien wahadłowiec, siły imperium precyzyjnie zwróciły się ku nadlatującemu statkowi. Błękitna powłoka klingi miecza świetlnego zawirowała wokół ciał rakietników, rzucając na mnie bardzo intrygujące spojrzenie.
Przybyłeś w porę, przybyłeś w porę… - Odrzekłem widąc konkretną sylwetkę Van Sina. Ten zaś spojrzał się na mnie ponownie, i poszedł dalej. Postanowiłem rzucić się do walki razem z mistrzem, rozgromiliśmy pół batalionu, wynajdując bezpieczną drogę do promu praxeum. W drodze zająłem się częściowym leczeniem Rycerza Scar Beal'a, był naprawdę bardzo ranny, nie mogłem mu zbytnio pomóc, wystarczyło czekać aż rany się zasklepią...
Powróciliśmy do naszej siedziby ze spuszczonymi głowami, mistrz Sin zrozumiał naszą zgubę. Sprawa z kryptą nie została do końca wyjaśniona, zaniechaliśmy przeszukiwań Tatooine. Postanowiliśmy zająć się czymś bardziej wartościowym.
<Holoprojekcja wyłącza się automatycznie, wychodzisz z archiwum doznając uczucia zdradliwego spokoju>
Mistrz Jedi Azagoth'













