Misja III: Na Ratunek, Ku równowadze

Moderatorzy: Scar Beal, Xardas348, Rezo, Ragnar

Infanymous
OPJ - Padawan
OPJ - Padawan
Posty: 45
Rejestracja: 12 kwie 2009, o 23:18

Misja III: Na Ratunek, Ku równowadze

Post autor: Infanymous »

<Cyfronotes włączył się, ty zaś widzisz ciągnące się linijki tekstu, twoją uwagę przykuwa tytuł : "Zapiski Ucznia Jedi Geldrasa">



Wstałem z łóżka, wskoczyłem w moje szaty, pod rękę wziąłem płaszcz i poszedłem coś zjeść. Wiedziałem, co się szykuje, więc postanowiłem się "przygotować". W mgnieniu oka pożarłem syte śniadanie, po czym poszedłem potrenować przed misją. Wyszedłem ze środka enklawy. Od razu w twarz uderzył mi chłodny wiatr, popatrzyłem w górę, niebo było zachmurzone. Postanowiłem potrenować w środku. Usłyszałem komunikat Ragnara : Shilion i Geldras na lądowisko, wyruszamy. Poczekałem na resztę. W końcu nadszedł Shilion, niedługo później Ragnar z Van Sinem. Mistrz zaczął nam jeszcze raz tłumaczyć cel wyprawy: Planecie groziła wojna domowa, mieliśmy udać się do jakiegoś człowieka, który pomoże nam zrozumieć problem, przytaknęliśmy głowami na znak, że rozumiemy. Niedługo potem wsiadliśmy w statek i polecieliśmy. Długo w statku nie siedzieliśmy, w końcu to ta sama planeta. Dotarliśmy do lasu, szliśmy gęsiego, ja ostatni, Shilion w środku a Ragnar z przodu. Po chwili usłyszałem tupot nóg oraz szelest krzaków, ledwo się odwróciłem, spadło na mnie wibroostrze, jednak nie zraniło mnie poważnie, upadłem na klęczki. Katem oka dostrzegłem, że Shilion i Ragnar zdąrzyli zareagować, rozgorzała walka. Zaatakował nas wiekowy człowiek. Nie wiedzieć jak, walka skończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła. Starzec, przepraszając nas za atak, przedstawił się. Nazywał się Korinth, trochę zdziwił nas taki rozwój sytuacji, jednak byliśmy szczęśliwi z tego, że nie będziemy musieli przelewać krwi. Korinth zaprosił nas do czegoś w rodzaju bunkra. Weszliśmy, ja pilnowałem wejścia, wciąż żywiłem pewną niechęć wobec Korintha. Po rozmowie, Korinth polecił nam, zebyśmy udali się do starego miasta Nite'ar. Chciał lecieć z nami, jednak ja i Shilion wyraziliśmy zdecydowany sprzeciw. Zaczęliśmy kłócić się z Korinthem. Powiedział, że jak jesteśmy tacy pewni, możemy lecieć sami. Wyszedłem ze Shilionem, nie miałem zamiaru z nim spędzić ani chwili więcej. Na zewnątrz powiedziałem, co sądze o Korinthu, Shilion potwierdził moje słowa. Postanowiłem udać się na tatek, szedłem haszczami, rozcinając mieczem krzewy i gałęzie, momentalnie usłyszałem, że ktoś nadbiega, odwróciłem się. Korinth właśnie wyprowadzał cios, zdąrzyłem sparować, po czym kontratakowałem, walczyłem zaciekle wiedząc, że nie wygram, staralem siezyskać na czasie. Przybiekł Ragnar, który nas rozdzielił. Korinth z oburzeniem powiedział, żebym nie niszczył tutejszej flory. Pryhnąłem po czym odszedłem pod statek, stałem przed nim, czekając na towarzyszy, miałem dość tego miejsca. Wkrótce nadszedł Ragnar i Korinth, zaczęła się dyskusja, wiedziałem, że w końcu dojdzie do kolejnego starcia. Po krótkiej wymianie zdań Korinth powiedział, że nauczy mnie pokory, nie raniąc mnie. Włączyłem miecz, walczyłem zaciekle, w końcu wykorzystałem okazję i silnym kopniakiem zwaliłem Korintha z nóg, już miałem dobijać, gdy Ragnar zagrodził mi drogę, dając Korinthowi czas na wstanie. Nie minęło pic sekund, gdyznowu walczyliśmy, tym razem jednak Korinth zdołał mnie powalić pełnym finezji cięciem z półobrotu. Wsiadłem na statek wściekły, odlecieliśmy.
Wylądowalismy w jakimś miasteczku, staliśmy niepewnie, nie chcąc wywoływać zamieszania. W końcu doszedł nas krzyk : "Zdrajcy!" usłyszeliśmy. W końcu podbiegł do nas niejaki Nick, który był przedstawicielem partii "Twój wybór". Zapytaliśmy go, co się dzieje. On pośpiesznie i nerwowo odpowiedział, że właśnie topią królową. Po krótkiej wymianie zdań powiedział nam, żebyśmy bezzwłocznie udali się do stolicy. Tak też uczyniliśmy. Gdy wylądowaliśmy w stolicy od razu dojrzeliśmy pustkę, nikogo nie było na ulicach. Nieco zdezorientowani tym faktem postanowiliśmy się rozejrzeć. W końcu zobaczyliśmy tłum ludzi stojących przed tarasem, na którym debatowały 2 istoty. Jeden z nich był Rodianinem, drugi ciemnoskórym człowiekiem. Postanowiliśmy wmieszać się w tłum i słuchać. Byli to przedstawiciele dwóch rządów - demokracji oraz dyktatury. Z rozmów debatujących dowiedziałem się, że Larry to rodianim reprezentujący dyktaturę, a Jerry jest człowiekiem demokracji. Staliśmy z tyłu tłumu, debatujący kłócili się, co rusz było słychać wiwaty jednej grupki tłumu, chwilę później tym samym odzywała się inna część. W końcu Shilion, nie wiedzieć czemu, zaczął podskakiwać, zdumiony tym widokiem Larry zauważył, że jesteśmy Jedi. Chciał zawołać straże, Jerry jednak wypatrzył w tym okazję do przekonania do siebie ludności. Wykrzyknął, byśmy też go wysłuchali, by wszyscy go wysłuchali, on nie skreśla ludzi, tak jak Larry. Spora część tłuma łyknęła haczyk, zdenerwowany tym faktem Larry tętniący nienawiścią zepchnął Jerry'ego z tarasu. Padł na ziemię bez życia. Zareagowaliśmy natychmiast. Ragnar i Shilion wskoczyli na taras, podczas gdy ja dyskretnie miałem na oku strażników. Wkrótce, wiedząc, że nie stanowią zagrożenia, dołączyłem do kompanów. Nieźle przycisnęliśmy Larry'ego, który skamlał o litość. Zaczęliśmy go straszyć, pomiatać nim. Aż nagle pojawił sie zamachowiec z wyrzutnią rakiet i plecakiem odrzutowym. Straty nie były wielkie, dzięki Ragnarowi, który dopadł zamachowca. Nie udało się go powstrzymać żywego. Straty nie były wielkie. Po przeszukaniu go znaleźliśmy zaszyfrowany cyfronotes. Zaczęliśmy się głowić nad szyfrem i powodem napaści. W końcu Shilion dostrzegł na hełmie pozostałości jakiegoś hasła. Hełm był stary, jednak czytelne były litery TJ WbR. "Kolejna zagadka..." pomyślałem. Jednak odpowiedź przyszła szybko, Shilion po namyśle krzyknął : TWÓJ WYBÓR!. Postanowiliśmy polecieć z powrotem do Nicka, jednak nie wiedzieliśmy co z Larrym. Popatrzyłem na miejsce, gdzie klęczał ostatnio, nie było go. Szybko podbiegłem w to miejsce, zobaczyłem parenaście metrów dalej uciekającego. Złapałem go, rzucił się na mnie z pięsciami. Zdąrzyłem odskoczyć, jednak jeden cios zdąrzył spaść na moją twarz. Larry zaczął prosić o litość. Shilion i Ragnar poprosili mnie na bok, musieliśmy się naradzić. Gdy odszedłem nieco od Larry'ego, ten znowu uciekł. Tym razem znalazł gdzieś blaster, zaczął nas ostrzeliwać, gdy go dogoniliśmy, podjął się ucieczki. Ścigaliśmy go. W końcu, gdy Larry zauważył, że nie ma gdzie uciekać, wskoczył do kanału, który "rozcinał" miasto na 2 części. Ruszyłem za nim, kątem oka dostrzegłem, że Ragnar i Shilion zostali, ścigałem go tylko ja. Gdy już go doganiałem, ten odwrócił się i wypalił z blastera. Instynktownie wyskoczyłem. Przeleciałem nad nim, po czym ciąłem po plecach. Niestety, Larry zająkał i zaczął się topić w wodzie, szybko tracąc krew. Nim się zorientowałem, co się dzieje, Krzyk i jęki Larry'ego ucichły. Wyskoczyłem z wody, ignorując pełne pretensji spojrzenia przyjaciół. "Nie miałem innego wyjścia, to co, lecimy?" Powiedziałem odchodząc w stronę statku. Wróciliśmy się z powrotem do miasta, w którym spotkaliśmy Nicka.
Gdy wylądowaliśmy, od razu zauważyliśmy, że nie dawno tętniące życiem ulice opustoszały. Na drugim końcu mieściny zobaczyliśmy przechadzającego się Weequaya. Podbiegliśmy do niego, od razu zaczęliśmy wypytywać, jednak jego odpowiedź nas zaskoczyła. "Jesteście aresztowani" orzekł ciężkim głosem. Jego wypowiedź nas rozśmieszyła, jednak wequay nie żartował. Wymierzył w Shiliona blaster. Jak na komendę włączyliśmy miecz, jednak Ragnar trzymał się z boku. Stanąłem między agresorem a Shilionem. "Nawet się nie waż" wysyczałem. Weequay przywołał dwóch strażników, chciał nas aresztować, jednak opieraliśmy się, wiedzieliśmy, że kilka cięć miecza wystarczyłoby, by ich zabić. Już miała rozgorzeć walka, gdy Ragnar powiedział, żebyśmy sie poddali. Nabrałem nieco podejrzeń, jednak z zaufania, jakim darzyłem Ragnara, poddałem się. Shilion uczynił podobnie. Kilka uderzeń serca później znaleźliśmy się w celi, udało nam się przemycić nasze miecze świetlne, czekaliśmy w milczeniu. W końcu nadszedł Mistrz Van Sin, pojawił się przed celą nie wiadomo kiedy, otworzył drzwi Mocą, po czym rozprawił się ze strażnikami. Musieliśmy jakoś się zamaskować, nie być łatwo dostrzegalnymi, ściągnęliśmy ubrania ze strażników i odzialiśmy sie w nie. Chwilę później zaczęliśmy iść do statku. "Dobrze się spisaliście, Padawani" orzekł mistrz. W pierwszym momencie pomyślałem, że Mistrzowi pomyliły się nasze rangi, wyraz twarzy Shiliona dawał do zrozumienia, że on także tak pomyślał. Jednak po głębszym namyśle pojęliśmy aluzję, dostalismy awans. Padawani...Prawdziwi studenci Jedi. W między czasie powiedział nam, że mimo tego, iż nie pochwala naszego zachowania wobec Korintha, zasłużyliśmy na awans. Po dołączeniu do Ragnara dowiedzieliśmy się, że on również awansował. Na Rycerza Jedi. Uradowani wsiedliśmy w statek i odlecieliśmy do akademii.
Człowiek mądry więcej uczy się od swoich wrogów, niż głupiec od przyjaciół.

— Benjamin Franklin

Odwaga jest to brak wyobraźni.

— Rudyard Kipling
ODPOWIEDZ

Wróć do „Raporty”