OPJ - Reith Endac [Przyjęty]

Obrazek
Awatar użytkownika
Kranek
ŚM - Nowo Przybyły
ŚM - Nowo Przybyły
Posty: 33
Rejestracja: 12 kwie 2009, o 20:15
Imię Postaci: Lanz
Xfire: darthkranek
GaduGadu: 10099658

OPJ - Reith Endac

Post autor: Kranek »



Obrazek
Obrazek

Imię: Szymon
Wiek: 17
Coś o sobie: Co tu dużo mówić... aktualnie męczę się w drugiej klasie technikum na kierunku technik informatyk. Ogólnie staram się być miły i pomocny dla innych, różnie to czasem wychodzi.
Zainteresowania: Ogólnie to lubię sobie posłuchać jakiejś dobrej muzyki. Zazwyczaj jest to metal...power, symphonic czy tam folk. Oczywiście zdażają się też jakieś inne pojedyńcze kawałki innych typów, nie koniecznie związanych z metalem. Nie mam też nic przeciwko jakiejś dobrej gierce, nie wspominając już o dobrym RP. Lubię też obejrzeć dobre Anime, oraz czytnąć dobrą mangę.

Skąd dowiedziałeś się o GoSW?: O GoSW wiedziałem wcześniej, jako że należałem do frakcji Świadomi Mocy przed tym niefortunnym upadkiem, czy może raczej, tymczasowo zawieszoną działalnością. O reaktywacji dowiedziałem się... głównie od pewnego osobnika. Coby nie wskazywać palcami – Liga.
Dlaczego chcesz dołączyć do GoSW?: To chyba proste, chciałbym poeRPić z ludźmi na poziomie.
Dlaczego chcesz dołączyć do Ostatniego Prakseum Jedi?: Nie mam żadnych oporów przed wcielaniem się w złego lorda ciemności i masakrowaniu Bogu ducha winnych słitaśnych stworków. Jednak postanowiłem wcielić się tym razem w postać szlachetnego obrońcy tych słabych i uciśnionych.

Preferowany przez Ciebie tryb rozgrywki Role-Play: Lubię jak każdy nawet ten, mogłoby się wydawać, najsłabszy z członków frakcji mógł w jakiś sposób zaistnieć na prawie każdym RP. Oczywiście, nie zaniedbując wolnych RP na których toczą się treningi, lub wątki poboczne powiązane bezpośrednio z postaciami graczy.
Twoja aktywność podczas dni wolnych oraz dni roboczych: W tygodniu będzie ciężko, różnie wracam ze szkoły, różne sprawy mam na głowie, szkolne i nie szkolne. Prawdopodobnie w każdy dzień będę choć przez chwilę dostępny, ale nie mogę obiecać większej aktywności, niż w weekendy, gdzie mam zazwyczaj czasu, a czasu.
Twoja znajomość uniwersum Star Wars i świata GoSW: Jako, że wcześniej byłem w GoSW to już wtedy miałem okazję zapoznać się z kanonem świata GoSW. Niemniej jednak zrobiłem to po raz drugi.
Twoja znajomość historii jasnej ścieżki: Zapoznany zarówno z jasną jak i mhroczną.
Twoja krótka historia rozgrywki w JK3: Nie potrafię dokładnie sprecyzować kiedy zacząłem od tak sobie w jk3 pykać. Po sporawym czasie dołączyłem do mojego pierwszego klanu RP, który po pewnym czasie się rozpadł. Poźniej był drugi z którego odeszłem, następnie jak wspomniałem GoSW i Świadomi Mocy jako już oddzielny klan. A teraz znowu ląduje tutaj.

Kontakt: gg - 10099658
xfire - darthkranek
steam – Kranek

Obrazek

Imię i Nazwisko: Reith Endac
Wiek: 19
Rodzima Planeta: Zintos
Rasa: Miraluka
Opis Charakteru: Zazwyczaj cichy, starający się nie zwracać na siebie zbytniej uwagi chłopak. Prawie nie wyraża swoich emocji, przez co sprawia wrażenie wiecznie spokojnego i opanowanego chodź nie do końca taki jest. Stara się przede wszystkim przestrzegać ustalonych zasad, jak i słuchać poleceń i próśb osób, które darzy szczególnym szacunkiem. Gdy widzi, że ktoś ewidentnie potrzebuje pomocy, to próbuje takowej udzielić. W innych przypadkach, prawie każdy umiejący grzecznie o taką poprosić, może się jej spodziewać.
Opis zewnętrzny: Reith jest przedstawicielem rasy Miraluka o przeciętnym wzroście oraz dobrej budowie ciała. To co wyróżnia go spośród tłumu ludzi to między innymi opaska zasłaniająca puste oczodoły, a także znamiona na twarzy, wyglądem przypominające tatuaż. Oprócz tego, jego czerep zdobią bujne, czarne włosy.

Historia:
To był wyjątkowo paskudny tydzień...

Na planecie Zintos, która zasadniczo było wielkim miastem ciężko spodziewać się zdumiewających, malowniczych krajobrazów, które mogłyby ucieszyć nie tylko oko, ale i duszę. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie szare, niekończące się rzędy budynków, niekiedy oświetlonych różnymi tablicami informacyjnymi. W takim miejscu nie można liczyć na cokolwiek, co byłoby zdolne konkurować z naturalnym pięknem przyrody, jednak mieszkańcy nie zwracają uwagę na takie... nic nie znaczące bzdety, w końcu przyszło im żyć na jednym z największych i najlepiej prosperujących punktów gospodarczych w całym układzie. Każdy taki zabiegany człeczyna, czy też ten-mniej-człeczynowaty ma swoje problemy i niekiedy te, które ktoś inny próbuje im zwalić prosto na łeb. Nikt więc nie rozwodził się tutaj nad pięknem tego ciała niebieskiego, przynajmniej do momentu, aż pogoda ekstremalnie się psuła, zupełnie jak teraz.

Atmosfera w domu państwa Endac nie należała do najlepszych, śmiem nawet zaryzykować stwierdzenie – było tu chyba najgorzej. Ciągłe ulewy i burze były w stanie dobić i zniechęcić do działania chyba każdą możliwą tutaj inteligentną istotę. Jednak aktualnie panujące warunki meteorologiczne były nic nieznaczącą, dosłownie – pierdołą, do której mało kto przywiązywał jakąkolwiek uwagę. Prawdziwym powodem stanu depresyjnego pani Endac był problem zupełnie innej natury. Otóż zupełnie niedawno, dokładnie trzy dni wstecz, usłyszała chyba najgorszą wiadomość swojego życia – Bezpłodność, nigdy nie będzie mogła mieć własnych dzieci. Dla kobiety, która była zdecydowana mieć swoje potomstwo, mało tego, reagującej pozytywnie na myśl o macierzyństwie to prawdziwy cios w plecy. Oczywiście, że do adopcji doszłoby prędzej czy później, niedługo po poprawieniu się jej stanu psychicznego, los jednak postanowił nie czekać.

Słońce już chyliło się ku zachodowi pozostawiając w ciemności wiecznie żywe miasto. Wtem rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Ariela nie bardzo miała ochotę je otwierać, przewróciła się tylko na drugi bok usiłując przy tym odrzucić w dal niespokojną chmurę myśli. Gość jednak nie zamierzał czekać i sam pozwolił sobie na niezbyt eleganckie wejście. Coś rąbnęło, drzwi otworzyły się ze sporym hukiem, a zakapturzona postać bez zaproszenia weszła do mieszkania. Pani Endac momentalnie zerwała się z łóżka, myśląc o tym co przed chwilą usłyszała. Po chwili zaczęła szperać w szufladzie męża, wyciągając z niej blaster. Nigdy nie przeszła, żadnego szkolenia bojowego, jednak nawet amator jest w stanie wykorzystać zabójczy potencjał jaki drzemał w tak prostej broni. Kobieta postanowiła nie opuszczać sypialni, celowała tylko w drzwi licząc na to, że nikt się tu nie pojawi. Pewnie trwała by tak przez spory kawał czasu, gdyby do niej uszu nie dotarły pewne specyficzne odgłosy, których chyba najmniej się spodziewała w obecnej sytuacji, był to płacz niemowlęcia.

Dalszej części scenariusza można się chyba domyślić, po tajemniczym jegomościu nie było nawet śladu, nie licząc brzdąca, którego w mieszkaniu przed wyjściem zostawił. Ariela postanowiła zająć się nim, nawet pomimo faktu, że był upośledzony... przynajmniej w jej mniemaniu... Koniec końców, jak można inaczej nazwać brak oczu u „ludzkiego” dziecka? Mąż tej pani na początku bardzo sceptycznie podchodził do decyzji małżonki, nie miał nic przeciw adopcji, ale przyjęcie takiego „daru” od nieznajomego to zupełnie inna sprawa. Po długiej dyskusji ostatecznie uległ żonie, nie było nawet mowy o tym, by kobieta oddała, jak to się wyraziła, JEJ pociechę. Doran mimo wszystko zaczął szukać ogłoszeń o uprowadzeniu, bądź zaginięciu ślepego malucha, jednakże nigdy nic nie znalazł...

Chłopak nie był długo mylnie postrzegany jako człowiek, gdy tylko zaczął sprawiać wrażenie, że pomimo braku gałek ocznych widzi, w niedługim czasie został przez ojca zidentyfikowany jako Miraluka. Wtedy to właśnie powstał kolejny spór i wymiana zdań w temacie przyszłości dziecka. Doran po raz kolejny próbował upierać się przy oddaniu Reitha. Podobnie też jak wtedy, nie udało mu się przekonać Arieli do swoich racji. Później już nigdy nie próbował kłócić się o to z żoną, dotarło do niego, że nie ma to najmniejszego sensu. Ostatecznie, akceptacja ze strony mężczyzny nadeszła w chwili gdy próbował wcielić się w rolę ojca.

Lata mijały, Reith dorastał. Sytuacja materialna rodziny była bardzo dobra, co miało wpływ na dość przyzwoite wykształcenie syna. Jeżeli jednak chodzi o kontakty z rówieśnikami, niestety nie należały do najlepszych. Charakter czy zachowanie młokosa raczej nie były tego powodem. Nie wszyscy, lecz na pewno stanowcza część ludzi... nawet nie tylko ich, boi się tego czego nie potrafi zrozumieć, tak właśnie było w przypadku chłopca. Nie potrafili objąć rozumem powodu dla którego był w stanie postrzegać rzeczywistość stopień wyżej niż oni, co budziło niekiedy niepokój i niechęć do niego.

Gdy jego życiowy zegar wybił godzinę osiemnastą, rodzice zgodnie uznali, że czas by zaczął zarabiać na swoje utrzymanie, a później na własne gniazdo. Tu akurat nie było większych problemów. Doran jako wysoko postawiony pracownik pewnej firmy, która zajmowała się między innymi importem i eksportem przeróżnych dóbr, był w stanie załatwić synowi pracę jako jego osobisty pomocnik. Młodzieniec z radością przyjął te wspaniałą ofertę, zawsze chętnie pomagał rodzicom, czy każdemu innemu osobnikowi, który pomocy potrzebował. Żywił ogromny szacunek dla swoich opiekunów, potrafił docenić, że zaopiekowano się nim i dano mu jak najlepsze warunki, pomimo faktu, iż nie był ich potomkiem.

Jednak wiadomo, to co dobre i beztroskie, szybko się kończy...

Był ranek, słońce przyjemnie grzało plecy idącego Miraluki. Dzisiaj miał urlop i postanowił wykorzystać swój wolny czas na krótki spacer po mieście, a później na wizytę w kantynie. Nie był wielkim zwolennikiem tych miejsc, ale miał ochotę posiedzieć chwilę, pomyśleć, no i jakby nie było, coś sobie łyknąć. Po kilkudziesięciu minutach spędzonym w tym przybytku chciał się już zbierać, kiedy jego wzrok przykuło dziwne, nieznane dotąd zjawisko. Za ścianą budynku zobaczył osobę, na pozór normalną, jednak on widział więcej niż inni. Dostrzegł jak z wnętrza tego człowieka pulsuje, wręcz wylewa się blado-czerwone światło. Nigdy wcześniej nie było mu dane oglądać czegoś równie niesamowitego, czegoś co emanowało nieznaną, przedziwną siłą. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ów postać jest ranna, widział strzępy w miejscu, gdzie powinno być ramię, ciężko było dokładnie stwierdzić przyczynę tak poważnego uszkodzenia ciała. Mimo wszystko postanowił nie czekać, lecz wyjść i jakoś pomóc nieszczęśnikowi.
- Proszę pana, jest pan ranny, pomogę panu dostać się do szpitala. - Powiedział do zakapturzonego.
Ten już miał coś odwarknąć, lecz zamarł na krótką chwilę gdy rozpoznał znaki na twarzy Reitha.
- To ty... Eh cholera! - Krzyknął i rzucił za siebie coś co wyglądało jak termodetonator.
- Co pan wyprawia?! Tamci ludzie! Oni... - Tu jego wypowiedź przerwał nieznajomy łapiąc go za ubranie. To co nastąpiło potem było jeszcze dziwniejsze, chłopak zobaczył jak niebotyczna ilość tej dziwnej energii zbiera się w nogach obcego, a zaraz potem jak poruszają się z ogromną prędkością. Młodzian pierwszy raz doświadczył na sobie takiego przeciążenia, w wyniku którego stracił przytomność.

Nie potrafię określić, kiedy dokładnie ją odzyskał, ale obudził się w ciemnym i ciasnym pomieszczeniu, na łóżku. Obok niego był niewielki stolik, przy którym siedział dokładnie ten sam facet, którego spotkał wcześniej.
- Widzę, że się już obudziłeś, najwyższy czas.
- Co? Gdzie... gdzie jesteśmy?
- To w tej chwili nie ma zupełnie znaczenia. Odpowiedź mi na jedno proste pytanie, czy chcesz przeżyć?
- Tak, chcę ale co to ma... Chyba wiem.... Mam rozumieć, że jestem pańskim więźniem?
- Nie, nic z tych rzeczy. Możesz uznać, że póki co uratowałem Ci skórę, na razie.
- Jak to „na razie”? - Odparł nie ukrywając niepokoju.
- Ci którzy zrobili mi to. - Tu wskazał na ramię, a raczej jego brak. - Przyjdą po mnie i prawdopodobnie też po Ciebie.
- Ale dlaczego? Ja nic nie zrobiłem.
- Ich nic nie obchodzi czy coś zrobiłeś czy nie! - Uniósł na chwilę głos. - Eh... posłuchaj, wiesz co do Jedi i Sith? Na pewno wiesz.
- Tak, wiem, Jedi to...
- Nie musisz mi robić cholernego wykładu. - Rzucił nie pozwalając Reithowi dokończyć zdania.
- Ścigają mnie Sithowie, na razie tylko ich nędzne psy, ale to tylko kwestia czasu kiedy sami się po mnie pofatygują.
- Dlaczego? Jest pan Jedi?
- Nie... - Odrzekł po chwili zastanowienia. - Kiedyś... byłem jednym z nich. Ale to moja cholerna przeszłość i nie zamierzam się nią z Tobą dzielić, rozumiesz? - Po raz kolejny warknął gniewnie.
- Ja nawet o nią nie pytałem...
- Nieważne... W każdym razie, powinno Ci wystarczyć tyle, że wkrótce mnie dopadną, ciebie pewnie też, chyba że zwiejesz.
„...Chyba że zwiejesz...” zadudniło w głowie chłopaka. Właśnie w tym momencie miał zamiar po prostu wybiec i jakoś dostać się z powrotem do domu.
- Nawet o tym nie myśl, znajdą Cię i gwarantuje Ci, że skończy się to dla twoich rodziców tragicznie, nie mówiąc już o Tobie.
Miraluka był zszokowany, tajemniczy osobnik właśnie przeczytał jego myśli, intencje. A przynajmniej tak mu się wydawało.
- Jeżeli chcesz zapewnić bezpieczeństwo im i sobie musisz opuścić Zintos.
- Ale, jak to opuścić? Niby gdzie mam się udać?
- Na Goontil.
- Jak to: „Na Goontil”? Nie mam statku, nie mam niczego...a ty chcesz, żebym od tak opuścił tę planetę? - Zapytał lekko poddenerwowany.
- Tak, dostaniesz mój transportowiec i to. - Mężczyzna wyciągnął cyfronotes i przesunął go po stole w stronę Reitha.
Chłopak był kompletnie zmieszany, zupełnie nie wiedział co zrobić. Cała ta sytuacja przyprawiała go o ból głowy. Nie podobało mu się to, nie miał żadnego powodu by wierzyć zamaskowanemu, z drugiej strony nie miał ochoty sprawdzać prawdziwości jego słów i tym samym narazić bliskie mu osoby na niebezpieczeństwo.
- Niby dlaczego chcesz mi pomóc?
Wyglądało na to, że facet tylko czekał na to pytanie.
- W przeszłości zrobiłem wiele paskudnych rzeczy, jak powiedziałem wcześniej, nie zamierzam Ci się spowiadać. Nie, nie myśl sobie, że pomagam każdemu z dobroci serca i chęci odpokutowania za grzechy, jednak wiem że jestem Ci tą pomoc szczególnie winny. Nie pytaj za co, nie odpowiem. - Zrobił krótką pauzę i kontynuował. - Na Goontil miałem spotkać się z człowiekiem o imieniu Ravist, jest... pewną ważną osobą, która na pewno Ci pomoże. W tym cyfronotesie masz wszystkie dane o miejscu i czasie spotkania, a także o jego wyglądzie. Pamiętaj, Ravist MUSI dostać ten sprzęt. A teraz wynocha z mojego mieszkania, pewnie niedługo tu będą... Aha... powiedź mu... że więcej mu nie pomogę, dopadli mnie.

Miraluka zrobił dokładnie tak, jak jego „wybawiciel” przykazał. Dotarł na Goontil, a niedługo później spotkał mistrza jedi. Co było dalej? Ciężko mi udzielić dostatecznie dokładnej odpowiedzi. Mogę się tylko domyślać, jak potoczyły się dalsze losy Reitha Endaca.


Awatar użytkownika
Liga/Darxul
ŚM - Fenker
ŚM - Fenker
Posty: 161
Rejestracja: 13 kwie 2009, o 11:09
Imię Postaci: Darxul
Xfire: liga997
GaduGadu: 10018175
Lokalizacja: Łabiszyn

Re: OPJ - Reith Endac

Post autor: Liga/Darxul »

Historia według mnie jest dobra i przyjemnie się ją czyta, a po za tym Kranek grał już w GoSW i wiem, że potrafi rpic. Jestem ZA
Fenker Darxul
Awatar użytkownika
Vosurate
Imperator
Imperator
Posty: 113
Rejestracja: 5 maja 2010, o 16:06

Re: OPJ - Reith Endac

Post autor: Vosurate »

Muszę przyznać że to jedna z najlepiej napisanych historii jakie widziałem w ciągu długiego okresu czasu, wszystkie opisy, dialogi i stylistyka są po prostu bezbłędne a historia była tak ciekawa że żałowałem że nie rozpisałeś się bardziej bo czytałem ją z ogromną przyjemnością. Znasz się na rzeczy, poza tym byłeś w GoSW, byłeś w ŚM i jesteś znany a więc oczywiste jest że moja odpowiedź może być tylko jedna - Tak.

Nie mam wątpliwości że Ravist zgodziłby się z moimi słowami w tej kwestii dlatego też...

Gratulacje!
Twoje podanie do frakcji Ostatniego Prakseum Jedi zostało zaakceptowane i zostałeś przyjęty na okres próbny
Witamy w Galaxy of Star Wars!

Zgłoś się do lidera frakcji by uzyskać dalsze informacje dotyczące wprowadzenia Twojej postaci.

Zablokowany

Wróć do „Rekrutacja”