Misja VII - Ciemności nad Urtar
Moderatorzy: Scar Beal, Xardas348, Rezo, Ragnar
-
Infanymous
- OPJ - Padawan

- Posty: 45
- Rejestracja: 12 kwie 2009, o 23:18
Misja VII - Ciemności nad Urtar
<Zapiski Ucznia Jedi Geldrasa>
Dzień zaczął się przyjemnie. Słońce leniwie wschodziło nad horyzont, świeże poranne powietrze przepełniało moje płuca. Jak zawsze rano, postanowiłem troszkę potrenować. Trening jednak przerwał mi komunikat Mistrza Van Sina "Widzę wszystkich na lądowisku" Orzekł. Jak zawsze, kiedy słyszę tego rodzaju komunikat, udaję się we wskazane miejsce. Na lądowisku zdąrzyła się już zgromadzic grupka Jedi, dostrzegłem znajome mi sylwetki Rycerza Scara Beal, mojego brata Shiliona, Padawana Dreydahha, mistrza Van Sina wraz z Azagothem, Adeptów Sac'Artosa oraz Lontora.
Nikogo więcej nie było. Okazało się, że planeta Urtar została oczyszczona z zamieszkującej ją rasy - Ulitaryon. Po krótkiej naradzie, jak to zawsze miało miejsce, wyruszyliśmy. W między czasie Mistrz Azagoth wyjasnił nam, kim są właściwie ci, którzy zniknęli, dowiedzieliśmy się, że nie byli zwykłymi istotami, tkwiło w nich coś niezwykłego. Po niezbyt długiej podróży dotarliśmy do planety, wylądowaliśmy przed czymś, hmm... Monumentalnym? Rozejrzeliśmy się dookoła, ani żywej duszy, to nas zaniepokoiło, dało się odczuć tę straszną pustkę, która napawała mnie strachem. Przed dokładniejszym rozejrzeniem się, podzieliliśmy się na grupy. Ja miałem pilnować Adeptów, Van Sin poszedł sam, Shilion z Dreyem, a Scar został na statku. Poczęliśmy poszukiwać jakichkolwiek śladów, prawie od razu natrafiliśmy na wysokie obeliski przedstawiające dziwne znaki. Van Sin chciał w nich coś dojrzeć, na jego polecenie, złączyliśmy się mocą i utworzyliśmy półokrąg koło obelisku. Van Sin naładował Mocą miecz, który teraz buchał rzywym ogniem, po czym wbił go w obelisk. Fale rozniosły się po całej budowli. Nic szczególnego się nie działo. Jednak pod koniec rytuału, Shilion najwyraźniej coś dojrzał, zaczął krzyczeć. Przerwaliśmy, a gdy Shilion się uspokoił, powiedział, co rzekomo widział. Opowiedział nam, że czarne istoty dostały się tutaj i zaczęły zabijać pomagając sobie Mocą, straszny widok, twierdził Shilion. Zbadaliśmy także bliźniaczy obelisk znajdujący się po drugiej stronie dziwnej budowli, która przypominała cmentarz. Van Sin znów zagłębił miecz w obelisku, gdy złączyliśmy się mocą wokół niego. Tym razem było gorzej, poczuliśmy skutki uboczne ogromnego napływu Mocy. Z ust pociekła mi krew, głowa stała się ciężka, niemal każdy słaby Mocą to poczuł. Przy drugim obelisku nie znaleźliśmy nic, Azagoth był bardzo przezorny w tej sprawie, twierdził, że "strażnicy" nie lubią się powtarzać. Ponownie zaczęliśmy szukać, moją uwagę przykuł posąg, stąjący w oddali. Stanąłem przed nim, i w momencie, gdy na niego popatrzyłem, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Napłynęła mnie fala jakichś dziwnych doznań, czegoś, czego nie doświadczyłem nigdy. Nie mogłem oderwać wzroku od postaci wykutej w kamieniu, to coś już mnie miało... Po dłuższej chwili, w czasie której stopniowo poddawałem się władzy tego czegoś, odszedłem od obelisku. Nie byłem sobą. Pamiętam, że przeyszedłem do towarzyszy, patrząc z niechęcią na cały świat, gdy chwilę postałem, coś zakłuło mnie w duszy. Coś, co mnie przejęło, nakazało mi się zabić, porzucić wszystko, co do tej pory miałem. Obiecano mi potęgę w innym świecie. Poddałem się jego woli. Popatrzyłem na rękojeść miecza świetlnego, "to moja przepustka" przemknęło mi przez myśl. Wyciągnąłem miecz i włączyłem go, kompani popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, spoglądając na nich ostatni raz, nakierowałem miecz prosto na moją twarz. "To ta chwila, zrób to" nakazywał mi cień, miałem zamiar to zrobić, w ostatniej chwili miecz wybił mi Shilion, popatrzyłem na niego z nienawiścią. Odeszłem zostawiając miecz na Ziemi. Podszedłem do posągu, zacząłem klęczeć przed jego obliczem, całkowicie oddałem się złu. Kątem oka dostrzegłem, że ktoś się za mną czai, odwróciłem się z wyrazem twarzy pełnym nienawiści i opętania. Był to Azagoth ze Shilionem. Po chwili uświadomiłem sobie, że nic mi nie zrobią, zignorowałem ich i klęknąłem w obliczu Pana - cienia. Nakazano mi znowu spróbować przedostać się na tamtą stronę, pobiegłem w kierunku zostawionego wcześniej miecza desperacko szukając śmierci. Reszta pobiegła za mną. Gdy zorientowałem się, że miecz ktoś zabrał, ryknąłem ze wściekłości i popatrzyłem na wszystkich z chorą nienawiścią. Ogłuszyli mnie. Obudziłem się w statku, splątany Mocą przez Scara. Moja dusza toczyła bój, z jednej strony, zło, szaleństwo przepełanijące wszystko, z drugiej jednak, maleńka normalność czająca się w małym skrawku duszy. Walczyłem z samym sobą, cień prawie mną zawładnoł, jednak z pomocą Scara wróciłem do normalności. Nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się przy kolejnej lokacji, tym razem to była forteca otoczona fosą lawy. Van Sin Przeskoczył fosę, po czym opuścił dla nas zwodzony most. Weszliśmy, zostałem chwilę ze Scarem analizując możliwości. Po dłuższej naradzie postanowiliśmy dołączyć do towarzyszy. Van Sin powiedział, byśmy zabezpieczyli górę fortecy, tak też zrobiliśmy. Na początku Scar chciał po prostu wskoczyć na górę, udało mu się, lecz gorzej było ze mną, nie potrafiłem doskoczyć, po kilku próbach upadłem nieszczęśliwie i chrupnęło mi w kostce. Scar zszedł do mnie i weszliśmy do środka fortecy szukając innej drogi. Weszliśmy na górę, nasz wzrok przykuły kryształy przymocowane do muru. Były to przyciski. Postanowiliśmy ich nie ruszać, nie wiadomo, czym mogłaby się skończyć taka operacja. Gdy sprawdziliśmy górną część, Scar zakomunikował Van Sinowi, że jest bezpiecznie, on w odzewie polecił nam udać się do środka fortecy i znaleźć pomieszczenie z niebieskawą poświatą, tak też uczyniliśmy. Znaleźliśmy pomieszczenie, mistrz powiedział nam, byśmy szukali śladu po mieczu świetlnym na ścianie, szybko go zobaczyliśmy, była tam dziura, która prowadziła do tunelu. Weszliśmy, ja i Scar. Wiedzieliśmy, że musimy dogonić Mistrza i resztę, tak też uczyniliśmy. Przyspieszyliśmy kroku. Dogoniliśmy kompanów u końca tunelu, który kończył się na jakimś pomieszczeniu. Weszliśmy do niego. Chwilkę badając wszystko naokoło, zobaczyliśmy, że był to jakiś pokój, po lewej były stoły z napojami i ciastkami. Po prawej zaś coś, co przypominało tron. Przy tronie stała istota, z pewnością nie był to człowiek, stał tam Zabrak. Jednak nie był to "kompletny" Zabrak, od pasa w dół był metalowy. To budziło we mnie dziwny niepokój. Gdy upewniliśmy się, że istota, nie miała raczej zamiaru nas zmiażdżyć, podeszliśmy i przywitaliśmy się. Aron, bo tak zwał się Zabrak, przywitał nas ciepło, jeśli można to tak nazwać. "Miło mi was widzieć, zanim zginiecie" te słowa usłyszałem z jego ust, wstrząsnęło mną to. "Chce nas zabić?" myśli kołatały mi się w głowie. Poczęstował nas jedzeniem i piciem, które leżało na stole, jakby specjalnie naszykowane dla nas. Ja jednak postanowiłem zrezygnować z poczestunku, coś mi się nie podobało. Aron powiedział nam o sobie kilka słów, okazało się, że należy do organizacji półksiężyca, lecz nie lata na misję, bo, jak twierdził, miał "niezwykłą" umiejętność. Potrafił przepowiadać alternatywne przyszłości. Chciał nam dać dowód, powiedział, że zginiemy, przepowiedział Dreydahhowi, że potknie się o kamień i stłucze nos, po czym nadzieje się na miecz Shiliona. Wyśmialiśmy go, wszyscy byli dziwnie zabawni... Wszyscy, którzy pili to coś, za bardzo się rozochocili, zaczęli sypać zabawnymi docinkami, rządzić się, śmiać. Wiedziałem, że to nie jest normalne, w trakcie tych "żartów" Dreydahh potknął się i stłukł nos. Przeraziłem się nie na żarty, odciągnąłem Dreydahha na bok, by z nim porozmawiać. Zapytałem, czy to dla niego nie dziwne, że stało się tak, jak on powiedział. "To mi się nie podoba" usłyszałem. Nikt sie tym za bardzo nie przejął, szydzili z Arona ile wlezie. Kolejna przepowiednia Arona się sprawdziła. Powiedział Shilionowi, żeby się odsunął 2 metry w prawo, Shilion jednak, wietrząc podstęp, nie ruszył sięz miejsca. Krótko po tym kawałek sufitu spadł mu na głowę, powodując prawdopodobnie pęknięcie czaszki. Przeraziłem się nie na żarty, postanowiłem porozmawiać o tym z Mistrzem Van Sinem i Scarem. Odeszliśmy, zacząłem mówić do Van Sina jak najęty o tym, co się tu dzieje, chodź nie byłem pewny, czy to do niego dojdzie. Gdy mówiłem do niego, usłyszałem jego szept "to podstęp", powiedział. Staliśmy tak śmiejąc się, nie wiedzieć kiedy, Van Sin wyciągnął miecze i zwrócił się do Arona, który zdąrzył powiadomić nas o śmierci z rąk Kostina, który lada chwila przybędzie. Van Sin przyłożył klingę jednego ze swoich mieczy do szyi Arona, po czym chciał go aresztować za zabójstwo, które miało się wypełnić. Aron jednak sprzeciwił się, nie wiedzieć kiedy, Van Sin zaczął atakować Arona, ten jednak unikał ciosów ruchami pełnymi zręczności i gracji. W końcu, po wiadomości Scara, że tak nic nie osiągniemy, Van Sin zaprzestał ataków. W tym całym zamieszaniu, zapomnieliśmy o Shilionie, poprosił mnie o pomoc. Podeszłem do niego, i szeptałem mu słowa otuchy, nadszedł Mistrz Van Sin, po czym wziął Shiliona na zewnątrz, reszta chyba też poszła, w każdym razie, ja i Scar zostaliśmy sami z Aronem. Z tunelu dobiegały czyjeś kroki, Aron powiedział, że to Kostin i że mamy jakieś 15 sekund na ucieczkę. Zostałem ze Scarem w środku, nie mieliśmy zamiaru się nigdzie ruszać. Nadszedł Kostin, minęło kilka uderzeń serca, po czym rozgorzała walka, z początku ja i Scar mieliśmy spora przewagę, jednak Kostin przewyższał nas umiejętnościami. Powalił mnie, chwilę później równierz Scara. Kostin znalazł we mnie obiekt do zabawy, miotał mną po całym pomieszczeniu, szydziłem z niego, naprawdę był tchórzem. Ciągłe oszczerstwa z mojej strony tylko przysporzyły mi kłopotów, Kostin uniósł mnie mocą, po czym rzucił we mnie swoim mieczem, trafiając w rękę. Odciął mi dłoń. Przeraźliwy ból przeszył moje ciało, migało mi przed oczyma, cierpienie wypełniło moje ciało. Pojękiwałem, jednak dalej szydziłem z Kostina. Ponownie zaczął rzucać mną po pomieszczeniu, przy jednym z uderzeń o podłogę skręciłem kostkę, było to jednak nic w porównaniu do odciętej dłoni. Obrażałem go cały czas, niemal namacalnie czułem, jak opadają mi siły. Ledwo potrafiłem wypowiedzieć jedno zdanie. Kostin ponownie uniósł mnie w powietrze, ponownie rzucając mieczem. Przebił mi udo, ból, który teraz promieniował na całe ciało, sprawiał, że niemal dygotałem z cierpienia, plułem krwią, kątem oka dostrzegłem Scara, z nim było lepiej, padł tylko na klęczki i czekał. Krzstusiłem się, brakowałi mi powietrza, jęczałem przeraźliwie. Usłyszałem w umyśle głos mojego brata, spytał, czy wszystko w porządku, ostatkiem sił odpowiedziałem, że tak i żeby tu nie przychodził, nie chciałem go narażać. Leżałem wijąc się z bólu, desperacko szukając ulgi w Mocy, byłem jednak zbyt słaby, zbyt słaby... Słyszałem, jak mówili, że mnie można pozbawić życia, serce stanęło mi w gardle, chwilę potem straciłem przytomność, urwałem się z tego koszmaru zwanego rzeczywistością, teraz była pustka, tylko pustka... Obudziłem się w komorze pełnej Bacty. "Akademia" przemknęlo mi przez myśl, popatrzyłem na rękę, nie było dobrze. Udo już prawie się wygoiło. Kostka miała się dobrze, przynajmniej tak mi się zdawało. Naszłe mnie dziwne myśli, głównie smutek i urażona duma. Walczyłem gdzieś tam, przegrałem, skazując tym nas na ciężki koniec, Scar cierpiał za mnie, a ja wylegiwałem się w komorze leczniczej. Nadszedł Shilion, zapytał droida, który czuwał przy maszynach, co ze mną. "Stan ma stabilny, ale jego ręka...", uszłyszałem. "Szlag, że to sięmusiało tak skończyć" mialem ochotę to wykrzyknąć. Shilion za pomocą telepatii zapytał mnie, czy chcę, by mnie stąd wyciągnięto, z pewna radością zauważyłem, że mój stan duchowy jest w normie. "Wyciągnij mnie z tej cholernej Bacty" powiedziałem. Shilion jednak przestrzegł mnie przed ewentualnymi powikłaniami, jakie mogą z tego wyniknąć. Nie interesowało mnie to, chciałem wreszcie stąd wyjść. Shilion otworzył komorę i spuścił Bactę, wyszedłem. Akademia przywitała mnie pięknym dniem...
<po przeczytaniu cyfronotes bez ostrzeżenia wyłączył się>
Dzień zaczął się przyjemnie. Słońce leniwie wschodziło nad horyzont, świeże poranne powietrze przepełniało moje płuca. Jak zawsze rano, postanowiłem troszkę potrenować. Trening jednak przerwał mi komunikat Mistrza Van Sina "Widzę wszystkich na lądowisku" Orzekł. Jak zawsze, kiedy słyszę tego rodzaju komunikat, udaję się we wskazane miejsce. Na lądowisku zdąrzyła się już zgromadzic grupka Jedi, dostrzegłem znajome mi sylwetki Rycerza Scara Beal, mojego brata Shiliona, Padawana Dreydahha, mistrza Van Sina wraz z Azagothem, Adeptów Sac'Artosa oraz Lontora.
Nikogo więcej nie było. Okazało się, że planeta Urtar została oczyszczona z zamieszkującej ją rasy - Ulitaryon. Po krótkiej naradzie, jak to zawsze miało miejsce, wyruszyliśmy. W między czasie Mistrz Azagoth wyjasnił nam, kim są właściwie ci, którzy zniknęli, dowiedzieliśmy się, że nie byli zwykłymi istotami, tkwiło w nich coś niezwykłego. Po niezbyt długiej podróży dotarliśmy do planety, wylądowaliśmy przed czymś, hmm... Monumentalnym? Rozejrzeliśmy się dookoła, ani żywej duszy, to nas zaniepokoiło, dało się odczuć tę straszną pustkę, która napawała mnie strachem. Przed dokładniejszym rozejrzeniem się, podzieliliśmy się na grupy. Ja miałem pilnować Adeptów, Van Sin poszedł sam, Shilion z Dreyem, a Scar został na statku. Poczęliśmy poszukiwać jakichkolwiek śladów, prawie od razu natrafiliśmy na wysokie obeliski przedstawiające dziwne znaki. Van Sin chciał w nich coś dojrzeć, na jego polecenie, złączyliśmy się mocą i utworzyliśmy półokrąg koło obelisku. Van Sin naładował Mocą miecz, który teraz buchał rzywym ogniem, po czym wbił go w obelisk. Fale rozniosły się po całej budowli. Nic szczególnego się nie działo. Jednak pod koniec rytuału, Shilion najwyraźniej coś dojrzał, zaczął krzyczeć. Przerwaliśmy, a gdy Shilion się uspokoił, powiedział, co rzekomo widział. Opowiedział nam, że czarne istoty dostały się tutaj i zaczęły zabijać pomagając sobie Mocą, straszny widok, twierdził Shilion. Zbadaliśmy także bliźniaczy obelisk znajdujący się po drugiej stronie dziwnej budowli, która przypominała cmentarz. Van Sin znów zagłębił miecz w obelisku, gdy złączyliśmy się mocą wokół niego. Tym razem było gorzej, poczuliśmy skutki uboczne ogromnego napływu Mocy. Z ust pociekła mi krew, głowa stała się ciężka, niemal każdy słaby Mocą to poczuł. Przy drugim obelisku nie znaleźliśmy nic, Azagoth był bardzo przezorny w tej sprawie, twierdził, że "strażnicy" nie lubią się powtarzać. Ponownie zaczęliśmy szukać, moją uwagę przykuł posąg, stąjący w oddali. Stanąłem przed nim, i w momencie, gdy na niego popatrzyłem, poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Napłynęła mnie fala jakichś dziwnych doznań, czegoś, czego nie doświadczyłem nigdy. Nie mogłem oderwać wzroku od postaci wykutej w kamieniu, to coś już mnie miało... Po dłuższej chwili, w czasie której stopniowo poddawałem się władzy tego czegoś, odszedłem od obelisku. Nie byłem sobą. Pamiętam, że przeyszedłem do towarzyszy, patrząc z niechęcią na cały świat, gdy chwilę postałem, coś zakłuło mnie w duszy. Coś, co mnie przejęło, nakazało mi się zabić, porzucić wszystko, co do tej pory miałem. Obiecano mi potęgę w innym świecie. Poddałem się jego woli. Popatrzyłem na rękojeść miecza świetlnego, "to moja przepustka" przemknęło mi przez myśl. Wyciągnąłem miecz i włączyłem go, kompani popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, spoglądając na nich ostatni raz, nakierowałem miecz prosto na moją twarz. "To ta chwila, zrób to" nakazywał mi cień, miałem zamiar to zrobić, w ostatniej chwili miecz wybił mi Shilion, popatrzyłem na niego z nienawiścią. Odeszłem zostawiając miecz na Ziemi. Podszedłem do posągu, zacząłem klęczeć przed jego obliczem, całkowicie oddałem się złu. Kątem oka dostrzegłem, że ktoś się za mną czai, odwróciłem się z wyrazem twarzy pełnym nienawiści i opętania. Był to Azagoth ze Shilionem. Po chwili uświadomiłem sobie, że nic mi nie zrobią, zignorowałem ich i klęknąłem w obliczu Pana - cienia. Nakazano mi znowu spróbować przedostać się na tamtą stronę, pobiegłem w kierunku zostawionego wcześniej miecza desperacko szukając śmierci. Reszta pobiegła za mną. Gdy zorientowałem się, że miecz ktoś zabrał, ryknąłem ze wściekłości i popatrzyłem na wszystkich z chorą nienawiścią. Ogłuszyli mnie. Obudziłem się w statku, splątany Mocą przez Scara. Moja dusza toczyła bój, z jednej strony, zło, szaleństwo przepełanijące wszystko, z drugiej jednak, maleńka normalność czająca się w małym skrawku duszy. Walczyłem z samym sobą, cień prawie mną zawładnoł, jednak z pomocą Scara wróciłem do normalności. Nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się przy kolejnej lokacji, tym razem to była forteca otoczona fosą lawy. Van Sin Przeskoczył fosę, po czym opuścił dla nas zwodzony most. Weszliśmy, zostałem chwilę ze Scarem analizując możliwości. Po dłuższej naradzie postanowiliśmy dołączyć do towarzyszy. Van Sin powiedział, byśmy zabezpieczyli górę fortecy, tak też zrobiliśmy. Na początku Scar chciał po prostu wskoczyć na górę, udało mu się, lecz gorzej było ze mną, nie potrafiłem doskoczyć, po kilku próbach upadłem nieszczęśliwie i chrupnęło mi w kostce. Scar zszedł do mnie i weszliśmy do środka fortecy szukając innej drogi. Weszliśmy na górę, nasz wzrok przykuły kryształy przymocowane do muru. Były to przyciski. Postanowiliśmy ich nie ruszać, nie wiadomo, czym mogłaby się skończyć taka operacja. Gdy sprawdziliśmy górną część, Scar zakomunikował Van Sinowi, że jest bezpiecznie, on w odzewie polecił nam udać się do środka fortecy i znaleźć pomieszczenie z niebieskawą poświatą, tak też uczyniliśmy. Znaleźliśmy pomieszczenie, mistrz powiedział nam, byśmy szukali śladu po mieczu świetlnym na ścianie, szybko go zobaczyliśmy, była tam dziura, która prowadziła do tunelu. Weszliśmy, ja i Scar. Wiedzieliśmy, że musimy dogonić Mistrza i resztę, tak też uczyniliśmy. Przyspieszyliśmy kroku. Dogoniliśmy kompanów u końca tunelu, który kończył się na jakimś pomieszczeniu. Weszliśmy do niego. Chwilkę badając wszystko naokoło, zobaczyliśmy, że był to jakiś pokój, po lewej były stoły z napojami i ciastkami. Po prawej zaś coś, co przypominało tron. Przy tronie stała istota, z pewnością nie był to człowiek, stał tam Zabrak. Jednak nie był to "kompletny" Zabrak, od pasa w dół był metalowy. To budziło we mnie dziwny niepokój. Gdy upewniliśmy się, że istota, nie miała raczej zamiaru nas zmiażdżyć, podeszliśmy i przywitaliśmy się. Aron, bo tak zwał się Zabrak, przywitał nas ciepło, jeśli można to tak nazwać. "Miło mi was widzieć, zanim zginiecie" te słowa usłyszałem z jego ust, wstrząsnęło mną to. "Chce nas zabić?" myśli kołatały mi się w głowie. Poczęstował nas jedzeniem i piciem, które leżało na stole, jakby specjalnie naszykowane dla nas. Ja jednak postanowiłem zrezygnować z poczestunku, coś mi się nie podobało. Aron powiedział nam o sobie kilka słów, okazało się, że należy do organizacji półksiężyca, lecz nie lata na misję, bo, jak twierdził, miał "niezwykłą" umiejętność. Potrafił przepowiadać alternatywne przyszłości. Chciał nam dać dowód, powiedział, że zginiemy, przepowiedział Dreydahhowi, że potknie się o kamień i stłucze nos, po czym nadzieje się na miecz Shiliona. Wyśmialiśmy go, wszyscy byli dziwnie zabawni... Wszyscy, którzy pili to coś, za bardzo się rozochocili, zaczęli sypać zabawnymi docinkami, rządzić się, śmiać. Wiedziałem, że to nie jest normalne, w trakcie tych "żartów" Dreydahh potknął się i stłukł nos. Przeraziłem się nie na żarty, odciągnąłem Dreydahha na bok, by z nim porozmawiać. Zapytałem, czy to dla niego nie dziwne, że stało się tak, jak on powiedział. "To mi się nie podoba" usłyszałem. Nikt sie tym za bardzo nie przejął, szydzili z Arona ile wlezie. Kolejna przepowiednia Arona się sprawdziła. Powiedział Shilionowi, żeby się odsunął 2 metry w prawo, Shilion jednak, wietrząc podstęp, nie ruszył sięz miejsca. Krótko po tym kawałek sufitu spadł mu na głowę, powodując prawdopodobnie pęknięcie czaszki. Przeraziłem się nie na żarty, postanowiłem porozmawiać o tym z Mistrzem Van Sinem i Scarem. Odeszliśmy, zacząłem mówić do Van Sina jak najęty o tym, co się tu dzieje, chodź nie byłem pewny, czy to do niego dojdzie. Gdy mówiłem do niego, usłyszałem jego szept "to podstęp", powiedział. Staliśmy tak śmiejąc się, nie wiedzieć kiedy, Van Sin wyciągnął miecze i zwrócił się do Arona, który zdąrzył powiadomić nas o śmierci z rąk Kostina, który lada chwila przybędzie. Van Sin przyłożył klingę jednego ze swoich mieczy do szyi Arona, po czym chciał go aresztować za zabójstwo, które miało się wypełnić. Aron jednak sprzeciwił się, nie wiedzieć kiedy, Van Sin zaczął atakować Arona, ten jednak unikał ciosów ruchami pełnymi zręczności i gracji. W końcu, po wiadomości Scara, że tak nic nie osiągniemy, Van Sin zaprzestał ataków. W tym całym zamieszaniu, zapomnieliśmy o Shilionie, poprosił mnie o pomoc. Podeszłem do niego, i szeptałem mu słowa otuchy, nadszedł Mistrz Van Sin, po czym wziął Shiliona na zewnątrz, reszta chyba też poszła, w każdym razie, ja i Scar zostaliśmy sami z Aronem. Z tunelu dobiegały czyjeś kroki, Aron powiedział, że to Kostin i że mamy jakieś 15 sekund na ucieczkę. Zostałem ze Scarem w środku, nie mieliśmy zamiaru się nigdzie ruszać. Nadszedł Kostin, minęło kilka uderzeń serca, po czym rozgorzała walka, z początku ja i Scar mieliśmy spora przewagę, jednak Kostin przewyższał nas umiejętnościami. Powalił mnie, chwilę później równierz Scara. Kostin znalazł we mnie obiekt do zabawy, miotał mną po całym pomieszczeniu, szydziłem z niego, naprawdę był tchórzem. Ciągłe oszczerstwa z mojej strony tylko przysporzyły mi kłopotów, Kostin uniósł mnie mocą, po czym rzucił we mnie swoim mieczem, trafiając w rękę. Odciął mi dłoń. Przeraźliwy ból przeszył moje ciało, migało mi przed oczyma, cierpienie wypełniło moje ciało. Pojękiwałem, jednak dalej szydziłem z Kostina. Ponownie zaczął rzucać mną po pomieszczeniu, przy jednym z uderzeń o podłogę skręciłem kostkę, było to jednak nic w porównaniu do odciętej dłoni. Obrażałem go cały czas, niemal namacalnie czułem, jak opadają mi siły. Ledwo potrafiłem wypowiedzieć jedno zdanie. Kostin ponownie uniósł mnie w powietrze, ponownie rzucając mieczem. Przebił mi udo, ból, który teraz promieniował na całe ciało, sprawiał, że niemal dygotałem z cierpienia, plułem krwią, kątem oka dostrzegłem Scara, z nim było lepiej, padł tylko na klęczki i czekał. Krzstusiłem się, brakowałi mi powietrza, jęczałem przeraźliwie. Usłyszałem w umyśle głos mojego brata, spytał, czy wszystko w porządku, ostatkiem sił odpowiedziałem, że tak i żeby tu nie przychodził, nie chciałem go narażać. Leżałem wijąc się z bólu, desperacko szukając ulgi w Mocy, byłem jednak zbyt słaby, zbyt słaby... Słyszałem, jak mówili, że mnie można pozbawić życia, serce stanęło mi w gardle, chwilę potem straciłem przytomność, urwałem się z tego koszmaru zwanego rzeczywistością, teraz była pustka, tylko pustka... Obudziłem się w komorze pełnej Bacty. "Akademia" przemknęlo mi przez myśl, popatrzyłem na rękę, nie było dobrze. Udo już prawie się wygoiło. Kostka miała się dobrze, przynajmniej tak mi się zdawało. Naszłe mnie dziwne myśli, głównie smutek i urażona duma. Walczyłem gdzieś tam, przegrałem, skazując tym nas na ciężki koniec, Scar cierpiał za mnie, a ja wylegiwałem się w komorze leczniczej. Nadszedł Shilion, zapytał droida, który czuwał przy maszynach, co ze mną. "Stan ma stabilny, ale jego ręka...", uszłyszałem. "Szlag, że to sięmusiało tak skończyć" mialem ochotę to wykrzyknąć. Shilion za pomocą telepatii zapytał mnie, czy chcę, by mnie stąd wyciągnięto, z pewna radością zauważyłem, że mój stan duchowy jest w normie. "Wyciągnij mnie z tej cholernej Bacty" powiedziałem. Shilion jednak przestrzegł mnie przed ewentualnymi powikłaniami, jakie mogą z tego wyniknąć. Nie interesowało mnie to, chciałem wreszcie stąd wyjść. Shilion otworzył komorę i spuścił Bactę, wyszedłem. Akademia przywitała mnie pięknym dniem...
<po przeczytaniu cyfronotes bez ostrzeżenia wyłączył się>Człowiek mądry więcej uczy się od swoich wrogów, niż głupiec od przyjaciół.
— Benjamin Franklin
Odwaga jest to brak wyobraźni.
— Rudyard Kipling
— Benjamin Franklin
Odwaga jest to brak wyobraźni.
— Rudyard Kipling









