Misja II- Dusza Jedi
Moderatorzy: Scar Beal, Xardas348, Rezo, Ragnar
-
Infanymous
- OPJ - Padawan

- Posty: 45
- Rejestracja: 12 kwie 2009, o 23:18
Misja II- Dusza Jedi
<Cyfronotes na stole jarzy się białymi i jasnoniebieskimi kolorami. Bez wątpienia pojawił się tam nowy wpis>
<Duże, białe litery z pewnością oznaczają tytuł>
Zapiski Padawana Geldrasa.
Misja II- Dusza Jedi
Dzień zaczął się spokojnie. Wyłaniające się zza horyzontu słońce oznaczając świt powoli zaczynało drogę po niebie. Ja, jako iż mam w zwyczaju ma wczesne wstawanie, poszedłem się okąpać. Umywszy się, udałem się do sali treningowej i rozpocząłem poranny trening, po chwili dołączył do mnie któryś z Adeptów. Czas mijał, rutyna w świątyni osiągała powoli zenit, gdy w głowach wszystkich obecnych rozległ się głos Rycerza Jedi Ragnara: "Będzie mi potrzebna pomoc w ogrodzie". Nieco przestraszeni i zaniepokojeni ruszylismy w stronę , Xantos i Ent'u ruszyli w strone ogrodu. Geldras dotarł pierwszy. Ragnar stał przy niezidentyfikowanym statku z włączonym mieczem, naokoło stały droidy bojowe. Ragnar rozmawiał z dziwną postacią w złotej zbroi, miecz miał włączony. Postanowiłem wyeliminować droidy, ponieważ wiadomym było, ze zaraz rozgorzeje walka. Po wyeliminowaniu większości droidów stanąłem z mieczem u boku Ragnara, mierząc wzrokiem przybysza. Owy człowiek - o ile był to wogóle człowiek, przybył w celu wyssania nam dusz. Pare uderzeń serca później rozgorzała walka. Napastnik wyjął zza pleców jakąś laskę, po czym wymierzył ją w Ragnara. Chwilę później Ragnar zaczął jakby walczyć ze zamym sobą. Oszołomiony, nie wiedziałem co robić, więc przypatrywałem się zjawisku. Chwilę później Ragnar padł bez życia. Adrenalina w moim ciele nie pozwalała mi logicznie myśleć, podjąłem więc walkę, chwilę później dotarli Adepci. Po krótkiej wymianie ciosów przybysz oddalił się, i wymierzył laskę we mnie. Nogi się pode mną ugięły, ze mną stanie się to samo co z Ragnarem... Ułamki sekund później coś zaczęło się wyszarpywać z mojego ciała, pozbawiając mnie kontroli. Zrozumiałem, że to dusza. Starałem się walczyć, jednak laska rozdzierała mój organizm, straciłem czucie w nogach, wszystko wokół pociemniało...
Stałem na jakiejś poruszającej się w przestrzeni platformie, ku mojemu zdziwieniu towarzyszył mi Xantos, kilka metrów przed nami stał - jak się okazało, pożeracz dusz Anks. Chciał nas zniszczyć. Instyktownie sięgnąłem po miecz, ku mojemu zdziwieniu, miecza nie było... Po krótkiej wymianie zdań pożeracz zaczął przywoływać swoje sługi. Podjąłem walkę bez broni, o dziwo przeżyłem. Gdy rozprawiliśmy się z istotami, weszliśmy na górę. Anks stał na jakimś małym ringu. Mruczył coś pod nosem wpatrując się w laskę. Wskoczyłem na ring, Xantos za mną. Postanowiłem nieco ukrócić jego pewności siebie. Powiedziałem kilka kąśliwych uwag, Pożeracz rzucil się na nas z szałem w oczach. Uskoczyłem przed jego szarżą, jednak Adept nie miał tyle szczęścia, został zraniony w bok i spadł z ringu. Skoczyłem za nim. Podniosłem go z ziemi, i odniosłem go w bezpieczne miejsce. Wróciłem do Anks'a, po czym wywabiłem go z ringu. Było widać, że z trudem go opuścił, ponieważ upadł podczas schodzenia wypuszczając z dłoni laskę. Bez wachania rzuciłem się po broń, lecz gdy tyylko ją dotknąłem, laska uniosła się w powietrze. Wiadomo było, że muszę o nią walczyć. Ruszyłem na klęczącego pożeracza z pięściami. Walka była długa i ciężka, Anks zdobył przewagę i odzyskał laskę. Wtem odezwał się jakiś dziwny głos, który kazał pożeraczowi mnie zabić. Tak też zamierzał uczynić. Rzucił się na mnie z bronią, jednak wywiodłem go w pole i zrzuciłem z platformy. Patrzyłem, jak spada w otchłań. Stało się coś niemożliwego - Anks po chwili pojawił się za mną z szyderczym uśmiechem. Zdąrzyłem się obrócić, zanim zepchnął mnie w przepaść. Lecąc, zauważyłem pożeracza lecącego za mną...
Przyklękłem, by zaczerpnąć powietrza, dopiero po chwili byłem zdolny do rozejrzenia się po okolicy. Stałem na jakiejś bardzo dużej, kwadratowej kolumnie. Kolumna nie byla jedna - dziesiątki kolumn stały w niewielkiej odległości od siebie. Po chwili na kolumnie obok dostrzegłem Anks'a. Było jasne, że któryś z nas tu zginie. Niespoziewanie przede mną zmaterializował się miecz świetlny. Bez wachania pochwyciłem oręż i ruszyłem do walki. Pojedynek był długi i trudny, ledwo żyjąc, wytrąciłem broń pożeraczowi i powaliłem go na kolana. Ostateczny cios sprawił mi krwawą satysfakcję. Przebiłem klatkę piersiową na wylot. Anks cierpiał, bardzo cierpiał. Gdy już umarł, niebo nade mną zaczęło błyskać. Koło mnie pojawili się wszyscy kompani. Pare uderzeń serca później przed nami pojawiło się coś w rodzaju portalu, weszliśmy w niego, nie mając nic do stracenia...
Wstałem z ziemi gwałtownie oddychając, nieopodal wstawali inni. Obejrzałem się i zobaczyłem naszą świątynię stojącą w ruinie. Tępym wzrokiem wpatrywałem się w zawalone niektóre ściany i dym unoszący się znad kompleksu. Porzuciłem wszystkich i pobiegłem w strąnę świątyni celem uratowania Mistrza Beal'a. Wbiegłem do środka, od razu zacząłem kaszleć i łzawić. Wbiegłem do pokoju Scara, nikogo nie było w środku. Wybiegając z powrotem, natrafiłem na ambasador Daer Cordo. Powiedziała, że Scar jest bezpieczny. Z ulgą wybiegłem ze świątyni. Siedząc w statku w głowie miałem tylko jedno: Gdzie się teraz udać. Ambasador rozwiała me wątpliwości i powiedziała, że na Koor - jednym z księżyców Nite'ar mieści się świątynia Jedi. Z nadzieją ruszyliśmy do nowego domu...
<Duże, białe litery z pewnością oznaczają tytuł>
Zapiski Padawana Geldrasa.
Misja II- Dusza Jedi
Dzień zaczął się spokojnie. Wyłaniające się zza horyzontu słońce oznaczając świt powoli zaczynało drogę po niebie. Ja, jako iż mam w zwyczaju ma wczesne wstawanie, poszedłem się okąpać. Umywszy się, udałem się do sali treningowej i rozpocząłem poranny trening, po chwili dołączył do mnie któryś z Adeptów. Czas mijał, rutyna w świątyni osiągała powoli zenit, gdy w głowach wszystkich obecnych rozległ się głos Rycerza Jedi Ragnara: "Będzie mi potrzebna pomoc w ogrodzie". Nieco przestraszeni i zaniepokojeni ruszylismy w stronę , Xantos i Ent'u ruszyli w strone ogrodu. Geldras dotarł pierwszy. Ragnar stał przy niezidentyfikowanym statku z włączonym mieczem, naokoło stały droidy bojowe. Ragnar rozmawiał z dziwną postacią w złotej zbroi, miecz miał włączony. Postanowiłem wyeliminować droidy, ponieważ wiadomym było, ze zaraz rozgorzeje walka. Po wyeliminowaniu większości droidów stanąłem z mieczem u boku Ragnara, mierząc wzrokiem przybysza. Owy człowiek - o ile był to wogóle człowiek, przybył w celu wyssania nam dusz. Pare uderzeń serca później rozgorzała walka. Napastnik wyjął zza pleców jakąś laskę, po czym wymierzył ją w Ragnara. Chwilę później Ragnar zaczął jakby walczyć ze zamym sobą. Oszołomiony, nie wiedziałem co robić, więc przypatrywałem się zjawisku. Chwilę później Ragnar padł bez życia. Adrenalina w moim ciele nie pozwalała mi logicznie myśleć, podjąłem więc walkę, chwilę później dotarli Adepci. Po krótkiej wymianie ciosów przybysz oddalił się, i wymierzył laskę we mnie. Nogi się pode mną ugięły, ze mną stanie się to samo co z Ragnarem... Ułamki sekund później coś zaczęło się wyszarpywać z mojego ciała, pozbawiając mnie kontroli. Zrozumiałem, że to dusza. Starałem się walczyć, jednak laska rozdzierała mój organizm, straciłem czucie w nogach, wszystko wokół pociemniało...
Stałem na jakiejś poruszającej się w przestrzeni platformie, ku mojemu zdziwieniu towarzyszył mi Xantos, kilka metrów przed nami stał - jak się okazało, pożeracz dusz Anks. Chciał nas zniszczyć. Instyktownie sięgnąłem po miecz, ku mojemu zdziwieniu, miecza nie było... Po krótkiej wymianie zdań pożeracz zaczął przywoływać swoje sługi. Podjąłem walkę bez broni, o dziwo przeżyłem. Gdy rozprawiliśmy się z istotami, weszliśmy na górę. Anks stał na jakimś małym ringu. Mruczył coś pod nosem wpatrując się w laskę. Wskoczyłem na ring, Xantos za mną. Postanowiłem nieco ukrócić jego pewności siebie. Powiedziałem kilka kąśliwych uwag, Pożeracz rzucil się na nas z szałem w oczach. Uskoczyłem przed jego szarżą, jednak Adept nie miał tyle szczęścia, został zraniony w bok i spadł z ringu. Skoczyłem za nim. Podniosłem go z ziemi, i odniosłem go w bezpieczne miejsce. Wróciłem do Anks'a, po czym wywabiłem go z ringu. Było widać, że z trudem go opuścił, ponieważ upadł podczas schodzenia wypuszczając z dłoni laskę. Bez wachania rzuciłem się po broń, lecz gdy tyylko ją dotknąłem, laska uniosła się w powietrze. Wiadomo było, że muszę o nią walczyć. Ruszyłem na klęczącego pożeracza z pięściami. Walka była długa i ciężka, Anks zdobył przewagę i odzyskał laskę. Wtem odezwał się jakiś dziwny głos, który kazał pożeraczowi mnie zabić. Tak też zamierzał uczynić. Rzucił się na mnie z bronią, jednak wywiodłem go w pole i zrzuciłem z platformy. Patrzyłem, jak spada w otchłań. Stało się coś niemożliwego - Anks po chwili pojawił się za mną z szyderczym uśmiechem. Zdąrzyłem się obrócić, zanim zepchnął mnie w przepaść. Lecąc, zauważyłem pożeracza lecącego za mną...
Przyklękłem, by zaczerpnąć powietrza, dopiero po chwili byłem zdolny do rozejrzenia się po okolicy. Stałem na jakiejś bardzo dużej, kwadratowej kolumnie. Kolumna nie byla jedna - dziesiątki kolumn stały w niewielkiej odległości od siebie. Po chwili na kolumnie obok dostrzegłem Anks'a. Było jasne, że któryś z nas tu zginie. Niespoziewanie przede mną zmaterializował się miecz świetlny. Bez wachania pochwyciłem oręż i ruszyłem do walki. Pojedynek był długi i trudny, ledwo żyjąc, wytrąciłem broń pożeraczowi i powaliłem go na kolana. Ostateczny cios sprawił mi krwawą satysfakcję. Przebiłem klatkę piersiową na wylot. Anks cierpiał, bardzo cierpiał. Gdy już umarł, niebo nade mną zaczęło błyskać. Koło mnie pojawili się wszyscy kompani. Pare uderzeń serca później przed nami pojawiło się coś w rodzaju portalu, weszliśmy w niego, nie mając nic do stracenia...
Wstałem z ziemi gwałtownie oddychając, nieopodal wstawali inni. Obejrzałem się i zobaczyłem naszą świątynię stojącą w ruinie. Tępym wzrokiem wpatrywałem się w zawalone niektóre ściany i dym unoszący się znad kompleksu. Porzuciłem wszystkich i pobiegłem w strąnę świątyni celem uratowania Mistrza Beal'a. Wbiegłem do środka, od razu zacząłem kaszleć i łzawić. Wbiegłem do pokoju Scara, nikogo nie było w środku. Wybiegając z powrotem, natrafiłem na ambasador Daer Cordo. Powiedziała, że Scar jest bezpieczny. Z ulgą wybiegłem ze świątyni. Siedząc w statku w głowie miałem tylko jedno: Gdzie się teraz udać. Ambasador rozwiała me wątpliwości i powiedziała, że na Koor - jednym z księżyców Nite'ar mieści się świątynia Jedi. Z nadzieją ruszyliśmy do nowego domu...
Człowiek mądry więcej uczy się od swoich wrogów, niż głupiec od przyjaciół.
— Benjamin Franklin
Odwaga jest to brak wyobraźni.
— Rudyard Kipling
— Benjamin Franklin
Odwaga jest to brak wyobraźni.
— Rudyard Kipling









