Raag Sin [ŚM] - PRZYJĘTY
Raag Sin [ŚM] - PRZYJĘTY


1. Imię: Aleksander
2. Wiek: 17 lat
3. Coś o sobie: Siedemnastoletni młodzian będący miłośnikiem dobrej prozy (chętnie sięgam po książki o tematyce fantasy) jak i gier role-playing. Dlatego też zaczytuję się dziełami Sapkowskiego, dostąpiłem także zaszczytów bycia mistrzem gry jak i graczem w systemie rpg "Wiedźmin: gra wyobraźni" (jako, że bardzo odpowiada mi uniwersum wykreowane przez AS-a
4. Ewentualny kontakt z tobą: GG- 9758081. Choć nie ukrywam, że w sprawach nienaglących wolałbym żeby zgłaszano się do mnie na pw. Z góry za to dziękuję.
5. Prędkość internetu:1,0 Mb/s

1. Twoje doświadczenie w Role Play: No w zasadzie jest całkiem spore. Jak wspominałem miałem przyjemność zapoznania się z jednym z systemów rpg jak i reguralnego sesjowania. Swojego czasu namiętnie grałem też w gry vallheru i odwiedzałem fabularne fora przeznaczone do odgrywania postaci. Z tego też powodu mam wpojone elementarne zasady odgrywania i ściśle się ich trzymam. Choć zawsze jestem otwarty na nowe doświadczenia o ile nie odbiorą one przyjemność z gry innym graczom.
2. Staż w grze Jedi Knight 3: Jedi Academy: Przygodę z Jedi Academy zacząłem w roku którym została wydana. Od tamtego czasu gram w nią dobre sześć lat. Z większymi bądź mniejszymi przerwami. Grę w trybie "single player" przechodziłem kilkakrotnie. Głównie dlatego, że to dla mnie świetny relaksator a przechodzenie większości misji daje naprawdę dużą frajdę.
3. Dlaczego do Świadomych Mocy? Cóż, powodów jest wiele. Głównie chodzi o względy fabularne. Podoba mi się przede wszystkim oryginalne i (moim zdaniem) ciekawsze podejście do tematu mocy. Bez dzielenia jej na ciemną i jasną stronę...
4. Klany, organizacje działające w JK3 w jakich byłeś/aś: Na samym początku należałem do takiej nieformalnej grupy składających się z kilku graczy która wspólnie trenowała na różnorakich serwerach. Była to w sumie grupa kumpli z "reala" która postanowiła przyjąć mnie w swoje skromne szeregi. W sumie mieliśmy jeden cel- gra dla rekreacji, żaden tam poważny klan. Po dłuższym czasie dołączyłem do klanu Gothic Komiksy jako, że byłem użytkownikiem forum o tej tematyce (pozdrowienia od Berengara

1. Imię postaci:Raag Sin
2. Wiek postaci: Dwadzieścia lat
3. Rasa postaci: Kel Dor
4. Rodzima planeta postaci
5. Wygląd postaci (opis zewnętrzny):

Jeżeli chodzi o wygląd zewnętrzny i budowę ciała Raag ma prawo uważać się za typowego Kel Dora. Jak przystało na przedstawiciela tej rasy Raag mierzy metr osiemdziesiąt przy wadze osiemdziesięciu kilogramów a jego skóra ma kolor brzoskwiniowy. Mimo dobrej wagi i słusznego wzrostu młodzian nie odznacza się zadziwiającą posturą. Wręcz przeciwnie, niekiedy sprawia nawet wrażenie słabowitego i chuderlawego, choć podczas lat władania bronią i trenigom akrobatycznym udało wykształcić mu się kilka niewielkich muskułów. Jedyną cechą szczególną w jego wyglądzie jest czarna maska antytlenowa za którą zwykł skrywać swoją twarz.
6. Historia postaci (Minimum 700 słów):
Nazywam się Raag Sin. Moja historia rozpoczęła się na planecie D'yet. Na świat przyszedłem w średnio zamożnej rodzinie Kel Dorów zamieszkującej niewielki miejski ośrodek na obrzeżach planety. Mój ojciec- Saargan Sin był powszechnie szanowanym kupcem zaopatrującym społeczność Kel Dorów w zbiorniki zawierające gaz z atmosfery naszej macierzystej planety Dorin. (Dla Kel Dorów wszakże tlen jest zabójczy dlatego też musimy reguralnie uzpełniać zapasy helu w naszych maskach...). Saargan Sin pojął za żonę Kel Dorską niewiastę zwącą się Orm'heeva mającą stać się w przyszłości moją matką. Ale o tym dopiero za chwilę. Bo pierworodnym owocem ich związku był mój ukochany brat Naadir. Niespełna trzy lata po jego narodzinach przyszła kolej bym i ja dołączył do grona tej jakże szczęśliwej rodziny. Zgadza się, szczęśliwej. I mówię to bez ironii. Co jak co ale moje dzieciństwo z całą pewnością było spokojne, szczęśliwe i udane. Mogłem się niemal uważać za wielkiego szczęściarza. "Niemal" bo pomimo wszystkiego znalazł się w tym wszystkim ciemny epizod. A było nim odejście mojego brata. Stało się to kiedy Naadir ukończył ósmy rok życia. Za sprawą kilku rycerzy z Zakonu Jedi którzy wyczuli w nim wrażliwość na Moc Naadir opuścił rodzinny dom i udał się wraz z nimi na szkolenie po to by w przyszłości stać się rycerzem Jedi. Ja jako pięcioletni smarkacz nie mogłem rzecz jasna pojąć dlaczego tak się stało. Wielokrotnie pytałem rodziców dlaczego pozwolili obcym ludziom zabrać Naadira. W zasadzie do dzisiaj się nad tym zastanawiam. Być może u podstaw takich zachowań leży głęboko zakorzeniona w naszej świadomości rasowej tradycja dotycząca Mocy? Może i tak... W każdym razie po dłuższym czasie przyszło mi pogodzić się z odejściem Naadira i kontynuować własne życie. Bądź co bądź mój brat z pewnością żył i był bezpieczny. W końcu trafił w ręce Jedi a nie galaktycznych piratów. Tymczasem moje życie toczyło się dalej. Dzieciństwo mijało szybko i radośnie i nim się obejrzałem stałem się młodym mężczyzną. Powoli zaczynałem zastanawiać się nad swoją przyszłością. Co prawda ojciec nauczał mnie pilotowania statków oraz podstaw handlu wierząc, że kiedyś zajmę miejsce u jego boku w prowadzonej przez niego firmie transportowej ale mnie ta droga nie odpowiadała. Uważałem, że to nieco zbyt nudne i monotonne zajęcie dla kogoś takiego jak ja. W końcu miałem już szesnaście lat! Łaknąłem splendoru i przygody! Chciałem zwiedzić całą galaktykę! Okazja nadarzyła się niebawem kiedy to do miasta zawitała wędrowna trupa teatralna. Tamtego czasu dane było mi podziwiać jeden z ich występów. Jak urzeczony wpatrywałem się w przedstawienie podziwiając kunszt aktorów jak i zręczność kuglarzy. Opowieści o legendarnych bohaterach które opowiadano mi w dzieciństwie na nowo odżyły w mej pamięci. To było coś o czym marzyłem od dawna. Łaknąłem zmiany, chciałem tak jak oni podróżować i stać się sławnym. Po skończonym występie udałem się do nich by błagać o wcielenie mnie do swoich szeregów. W zasadzie o aktorstwie i innych sztukach pojęcie miałem miałem niewielkie... Mimo to ci ludzie okazali się na tyle dobroduszni by przystać na moją prośbę. Jakby nie patrzeć dla kogoś młodego i pojętnego zawsze znajdzie się jakieś zajęcie. Dano mi nieco czasu bym mógł pożegnać się z rodziną i przyjaciółmi. Pożegnanie z rodzicami odbyło się bez łez. W zasadzie byli nawet zadowoleni, że w końcu znalazłem coś czemu zechcę się poświęcić. Przyrzekając sobie w duchu, że jeszcze powrócę na D'yet ruszyłem w świat. Z początku w trupie pełniłem rolę chłopca na posyłki. Ilekroć trzeba było rozstawić dekoracje albo zakupić zaopatrzenie zjawiałem się ja i bez szemrania wykonywałem powierzone mi zadania. Ba, czyniłem to nawet z wielką ochotą chcąc wykazać się za wszelką cenę. Nie minął tydzień jak zostałem przyjęty do aktorskiego terminu. Wędrowni artyści roztoczyli nade mną opiekę i poczęli mnie uczyć swojego rzemiosła. W każdej wolnej chwili trenowałem aktorstwo i czytywałem klasyków. Wszystko to w połączeniu z moim młodzieńczym zapałem i faktem, że trupa była w ciągłym ruchu doprowadziło do tego, że posiadłem elementarną wiedzę na temat galaktyki. Wcześniej jako mieszkaniec niewielkiej, nieco zacofanej społeczności nie śmiałem nawet przypuszczać jakież to cuda kryją się we wszechświecie w którym przyszło nam żyć. Miesiące mijały a ja coraz bardziej zaczynałem tęsknić za domem. Umiłowanie przygody powoli zaczynało ustępować miejsca moim preferencjom co do wygodnego stylu życia. Pieniądze które zarabiałem zazwyczaj pokrywały większość moich potrzeb ale zdarzały się też i gorsze dni. Bywało, że chodziłem spać o pustym żołądku. Zaczynałem mieć wątpliwości czy ta przygoda jest warta tego całego poświęcenia. Wieki całe nie widziałem moich bliskich! Koledzy z trupy musieli zauważyć co mnie gryzie bo wynajdowali mi coraz to nowe zajęcia starając się bym nie miał już więcej powodów do zmartwień. Bądź co bądź byli dobrymi druchami. Tamtego czasu pewien Chistori imieniem Ad'vann dostrzegł ukryty we mnie talent. A była nim akrobatyka. Z początku byłem tylko obserwatorem. Wielokrotnie przypatrywałem się Ad'vannowi w trakcie pokazów podziwiając jego talent. Z czasem sam zamarzyłem spróbować sił w tej dziedzinie. Ad'vann stopniowo podsycał moje zainteresowanie akrobatyką , aż w końcu ku mojej wielkiej radości zaoferował, że w wolnym czasie będzie mnie nauczał. I tak to się zaczęło. Początki były niezwykle trudne i bolesne. Po każdym kolejnym treningu wychodziłem coraz bardziej posiniaczony i pełen zwątpienia. Mój nauczyciel rzecz jasna mimo uszu puszczał moje biadolenia i zmuszał mnie do kolejnych mozolnych treningów. Po roku trenowania zacząłem dostrzegać efekty ciężkiej pracy. Moje ciało stało się gibkie, ruchy sprężyste i wyrobiłem sobie dobre wyczucie równowagi. Z czasem preznetowane przeze mnie figury stawały się coraz bardziej zaawansowane. W końcu zacząłem występować w duecie z Ad'vannem. W zasadzie akrobatyka pochłonęła mnie do tego stopnia, że porzuciłem dla niej nawet aktorstwo! W życiu nie przypuszczałem, że coś będzie w stanie tak mnie zaabsorbować. W ten oto sposób zacząłem swoje życie jako zawodowy akrobata. Zajęcie to nie przyniosło mi wielkiej sławy i bogactwa (które to niegdyś bez ustanku roiły się kiedyś w moim głupim młodzieńczym łbie...) ale okazało się wcale intratne i dzięki niemu miałem okazję zwiedzić kawałek wszechświata. Jako, że dosyć często przychodziło nam występować w spelunach, nierzadko udawało się nam wzbudzać zainteresowanie wśród miejscowej ludności. W efekcie nawiązywanie nowych znajomości przychodziło mi łatwiej. I nie ukrywam, że bardzo podobała mi się taka kolej rzeczy. Dlatego też pewnego razu zmitrężyłem i pozostałem w knajpie po zakończeniu występu by pławić się w atencji jaką poświęcali mi nowo poznani "przyjaciele". I do dziś jeszcze przeklinam swoją głupotę. Co mnie podkusiło żeby z powodu kilku średnio urodziwych panien i stawianych mi zewsząd drinków zostawać w tej podejrzanej spelunie? Cena którą przyszło mi za to zapłacić była zdecydowanie zbyt wysoka. Zapytasz dlaczego? A to za sprawą pewnego wyjątkowo zdegenerowanego osobnika znanego w przestępczym półświatku jako Darth Sother. Twierdzisz, że to Sith? Gorzej. Bo tytuł którym kazał siebie nazywać był jedyną rzeczą która mu z Sitha pozostała. Sother został bowiem wydalony ze swojego bractwa za niesubordynację i nieumiejętność trzymania na wodzy swoich sadystycznych skłonności. Skoro sami Sithowie wygnali go za to ze swej wspólnoty, to zaprawdę musiał być to człowiek wyjątkowo zdradziecki i plugawy. Gdyby przyszło mi teraz opisać jego sposób rozumowania mógłbym to określić trzema słowami: chory umysłowo rzeźnik". Wszyscy "przyjaciele" którzy tego czasu siedzieli ze mną przy jednym stole i zaklinali się na wszelakie świętości, że zawsze mogę liczyć na ich wsparcie umykali czym prędzej odwracając głowy. Przyznam, że sam miałem ochotę wiać ile sił w nogach kiedy ten człowiek zbliżył się do mnie i zaczął świdrować mnie tymi swoimi przekrwionymi ślepiami.
TY!- Wrzasnął w końcu ochryple wskazując dłonią w moim kierunku. - Nazywasz się Raag. Jesteś Kel Dorem z trupy tego błazna Ad'vanna, mam rację? Odpowiadaj wywłoko! -Wykrzyknął, wionąc mi w twarz swoim przepitym oddechem. Skinąłem głową bojąc się cokolwiek powiedzieć. -Świetnie. Podjął po chwili uśmiechając się paskudnie i splatając dłonie za plecami. -W takim razie pójdziesz ze mną. Twoi towarzysze sprzedali mi ciebie jako niewolnika. Idziemy.- Warknął chwytając mnie za ramię i popychając w kierunku wyjścia. Teraz przeraziłem się nie na żarty. A strach dotyczył w tym wypadku nie tylko mojej własnej skóry. Dobrze bowiem wiedziałem, że moi druchowie z trupy nie sprzedali by mnie nikomu. Życia to by raczej za mnie nie oddali... Ale w takiej sytuacji (gotowy byłem się założyć o własne gardło) zapewne wysłali by kogoś po mnie by mnie ostrzec i pomóc mi umknąć. Dlatego też zacząłem się o nich martwić. Różne niedobre przeczucia chodziły mi po głowie. Z zamyślenia wyrwał mnie Sother który dosyć brutalnie wrzucił mnie do ładowni swojego statku.
-Dokąd mnie zabierasz?- Odważyłem się wyjąkać.
-Zobaczysz . To niespodzianka. -Odparł a paskudny uśmiech ponownie zagościł na jego twarzy.
Podróż choć krótka, dłużyła się niemożebnie, a to z powodu pytań które kłebiły się w mojej głowie. "Gdzie lecimy?", "Czego ten człowiek ode mnie chce?", "Dlaczego zabrał akurat mnie?" I także wtedy moje rozmyślania zostały dosyć brutalnie przerwane przez Sothera. -Ty tam!- Krzyknął gromko podchodząc do mnie i pochwycił moje ramię w żelaznym uścisku. -Jesteśmy na miejscu. Na Letharman jeżeli chodzi o ścisłość.- Powiedział otwierając właz a moim oczom ukazała się skalista powierzchnia planety.
-Zapewne zastanawiasz się dlaczego akurat ciebie tutaj ściągnąłem i co zamierzam z tobą zrobić, mam rację?- Spytał spytał szybkim krokiem ruszając przed siebie i pociągając mnie za sobą.
Kiwnąłem głową.
-Jesteś wrażliwy na Moc.
-Co?- Spytałem głupawo. Zupełnie zbaraniały zatrzymałem się w miejscu a Sother pociągnął mnie za sobą z taką mocą, że upadłem na ziemię boleśnie obijając sobie kolano. Trwałem tak chwilę zupełnie skonfudowany a myśli w mojej głowie powoli zaczynały się układać. W sumie to mogło mieć sens. Mój rodzony brat Naadir miał w sobie Moc. W sumie to mogło być u nas rodzinne. Ale jakoś nigdy nie zauważono u mnie jakichś szczególnych zdolności. No i Kel Dorzy wrażliwi na moc mieli zazwyczaj srebrne tęczówki. Ja nie miałem. W zasadzie byłem najromalniejszym Kel Dorem pod słońcem! Gdyby drzemała we mnie Moc to Jedi którzy swojego czasu zabrali mojego brata, odkryliby ją we mnie! No i pozostawał jeszcze fakt, że do sprawy tej całej Mocy podchodziłem dosyć sceptycznie. W towarzystwie nie raz przychodziło mi do spółki z innymi wyśmiewać to antyczne hokus-pokus. Swojego czasu znałem mnóstwo dowcipów o Mocy. Rzecz jasna nie opowiadałem ich w obecności żadnego z Jedi...
-Twój talent był ukryty i ujawnił się z czasem.- Odrzekł Sother jak gdyby czytając w moich myślach.- W zasadzie mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą i rzadką aberracją. Ale faktu, że jest w tobie Moc podważyć się nie da. Podróżuję po całej galaktyce w poszukiwaniu tobie podobnych. A kiedy takiego odnajdę zabieram go do mojej posiadłości. Tu, na Letharman.
-Chcesz zrobić ze mnie swojego padawana?- Odważyłem się zapytać. W odpowiedzi Sother zaczął się szaleńczo śmiać, roniąc łzy wielkie jak grochy. -PADAWANA! -Ryknął gromko uderzając się otwartą dłonią o udo.- Dobre sobie! Chyba zapomniałeś plugawy Kel Dorze, że jesteś moim NIEWOLNIKIEM!- Renegat splunął mi pod nogi i przyjrzał mi się z wyraźną odrazą. - Ale owszem, będę cię nauczał. Nie robię tego jednak z dobrej woli. Nauczę cię operować mocą a ty staniesz się moim wiernym sługą, którym w razie potrzeby będę szczuł moich wrogów.
-Proszę?- Po raz kolejny zbaraniałem.
-Tak, dobrze usłyszałeś. Bo z czasem wykorzenię z ciebie wszelkie ludzkie odruchy plugawy Kel Dorze. Zostanie tylko coś na kształt zwierzęcego instynktu. Chęć przetrwania. Sam się o tym przekonasz. A jeżeli tego nie zrobisz to zginiesz z ręki moich innych podpiecznych. Ostra selekcja ale cóż zrobić. Mam wielu wrogów. Zarówno wśród Jedi jak i Sithów. Muszę mieć pewność, że przy życiu pozostanie najlepszy z was. Cóż poradzić. -Sother skrzywił twarz w udanym grymasie zmartwienia i rozłożył ręce.
-Najlepszy z na...
-Tak jest głupi Kel Dorze. Jak już mówiłem przemierzam CAŁĄ galaktykę w poszukiwaniu kolejnych sług. Nie jesteś pierwszy. I z pewnością nie ostatni. Jest was wielu. I jesteście przedstawicielami najróżniejszych ras i kultur. Wspominałem już, że zabieram ze sobą każdego kto zdradza predyspozycje. Tu, na Letharman przyda mi się każda para rąk. Muszę się ukrywać dlatego na siedzibę mieszkalną zaadoptowałem pewną starą sztolnię. Za dnia więc każdy z was będzie mi pomagał przekształcać ją w miejsce zdatne do zamieszkania. Aha, i ucieczka jest zbyteczna jako, że wszyscy bez wyjątku emanujecie mocą. Dlatego odnajdę was bez trudu. Zresztą nie macie nawet dokąd uciekać. Na tej planecie nie udało by się wam przeżyć ani jednego dnia. Z różnych wzgledów.- Sother zrobił stosowną pauzę wpatrując się w linię horyzontu.- Dosyć tego wylegiwania się! Wiesz już wszystko co powinieneś! Wstawaj!- Warknął i krzepkim szarpnięciem za mój kołnierz, postawił mnie na nogi. Ostatnie minuty drogi poprzez jałową powierzchnię planety przebyliśmy w milczeniu docierając do szybu kopalnianego. Niemal w zupełnych ciemnościach błądziliśmy korytarzami aż w końcu znaleźliśmy się w rozległym pomieszczeniu z celami, pełniącymi tutaj funkcję kwater niewolników. -Wypoczywaj dobrze Kel Dorze. Od jutra zaczynasz pracę.- Zarechotał Sother wpychając mnie do celi. Niedługo po tym jak zamknęły się po nim drzwi, spróbowałem nawiązać kontakt z innymi więzionymi tutaj osobami. Inni niewolnicy odpowiadali mi pozbawionymi zrozumienia spojrzeniami bądź zerkali trwożliwie w kierunku wejścia z obawy przed Sotherem. W końcu po jakimś czasie nawoływania, zdałem sobie sprawę, że marnuję czas. Ległem na posłanie i niemal z miejsca pograżyłem się w twardym, pozbawionym marzeń śnie.
Przebudziwszy się następnego dnia, rozejrzałem się mając nadzieję, że wszystko co mnie wczoraj spotkało było tylko wyjątkowo paskudnym snem. Niestety kraty mojej celi dobitnie przypomniały mi o tym, że to jeszcze paskduniejsza rzeczywistość. Z ciężkim westchnieniem zwlekłem się z barłogu i rzuciłem się na miskę z cienką polewką którą ktoś postawił przed drzwiami mojej celi. Bądź co bądź ostatni posiłek jadłem wczoraj. I to dobrą godzinę przed występem. Zaraz po tym jak skończyłem jeść drzwi od cel otwarły się a niewolnicy ustawiając się gęsiego ruszyli w kierunku wyjścia. Przy wyjściu dano mi do ręki kilof i wraz z grupą innych niewolników resztę dnia spędziłem na poszerzaniu jednego z bocznych korytarzy. Po skończonej pracy byłem zupełnie wypompowany z sił. Nigdy nie dane było mi pracować fizycznie ale nie przypuszczałem, że to zajęcie okaże się tak potwornie męczące! W dodatku głód zaczął doskwierać mi coraz bardziej. Przy wzmożonym wysiłku fizycznym nie dam rady wytrzymać na tej odrobinie żarcia! Zaczynałem się zastanawiać czy oni kiedykolwiek słyszeli tutaj o czymś takim jak przerwa obiadowa. Pytanie o to współwięźniów pozbawione było jakiegokolwiek sensu dlatego musiałem dowiedzieć się o tym sam. I tak się stało, kiedy to przed odprawieniem nas do cel polecono zebrać się wszystkim w samym centrum tego podziemnego kompleksu. -No, plugawe istoty!- Powitał nas Sother półleżący na krześle przypominającym tron. -A więc udało się wam przetrwać kolejny dzień. Winniście być mi wdzięczni za to, że daję wam pracę i żywię! To właśnie dzięki mnie macie okazję przysłużyć się w dobrej sprawie nadając sens swojej robaczej egzystencji!- Wykrzyknął w naszym kierunku tak głośno i niespodziewanie, że aż podskoczyłem. Przez chwilę trwał w milczeniu zarzuciwszy nogę na poręcz krzesła i bawiąc się rękojeścią miecza. -Ale w swojej wielkiej łaskawości przydzielę wam dodatkowe racje żywnościowe.
Słysząc te słowa jęknąłem udręczony. Dodatkowe? Przecież on nie zapewniał nam nawet podstawowego wyżywienia!
-ale... - Podjął po chwili a cień drwiącego uśmiechu zagościł na jego twarzy. - życie jest ciężkie i nie ma w nim nic za darmo. Nawet jedzenia. By je otrzymać będziecie musieli o nie walczyć.
Nadstawiłem uszu. Walki? Mamy bić się o pożywienie jak jakieś zwierzęta? I wtedy nagle krople zimnego poty spłynęły mi po karku. Przypomniałem sobie słowa Sothera: " ... z czasem wykorzenię z ciebie wszelkie ludzkie odruchy plugawy Kel Dorze. Zostanie tylko coś na kształt zwierzęcego instynktu. Chęć przetrwania. Sam się o tym przekonasz. A jeżeli tego nie zrobisz to zginiesz z ręki moich innych podpiecznych. Ostra selekcja ale cóż zrobić...". A więc na tym to wszystko polegało! On zwyczajnie będzie nas na siebie szczuł!
-Nowy!- Sother wskazał mnie ruchem głowy. -Będziesz walczył z Sarathem. Wszystkie chwyty są dozwolone. Jeżeli jeden z was zabije drugiego, tym lepiej. Zwycięzca dostaje żarcie, przegrany odchodzi z pustymi rękami. To tyle jeżeli chodzi o zasady.
No cóż... Strawy nie miałem w gębie dosyć długo, głód doskwierał mi coraz bardziej. W zasadzie dlaczego nie miałbym spróbować? Przyjrzałem się swojemu przeciwnikowi i nagle ogarnęła mnie euforia. Moim przeciwnikiem był młody chłopak należący do rasy Zabrak. Na oko, wyglądał na mojego rówieśnika, dorównywał mi nawet wzrostem i posturą. Z tą różnicą, że był dosyć wychudzony. Czyli krótko mówiąc nie ta kategoria wagowa. W dodatku byłem akrobatą! Jakie szanse w walce ze mną mógł mieć ten chudzina? No cóż, zabijać go co prawda nie miałem zamiaru ale do pobicia go byłem zmuszony. Trudno, to konieczność spowodowana głodem. Nic osobistego, wybacz brachu.- Pomyślałem wstępując w kolisty krąg w centrum pomieszczenia.
Do dziś nie mogę przypomnieć sobie dokładnego przebiegu tamtej walki. Faktem było, że ten chuderlawy chłopak spuścił mi niezłe lanie. Nim zdążyłem przybrać postawę bojową on był już przy mnie i zaatakował mnie z pełną zaciętością. Raz po raz tłukł mnie pięściami na oślep jak gdyby dostał jakiegoś ataku. A w jego oczach płonął czysty obłęd. Gdy dotkliwie pobity wyczołgiwałem się z pola walki zdałem sobie sprawę, że nie walczyłem z humanoidem ale ze zwierzęciem. Tego dnia dwóch innych niewolników musiało zawlec mnie do celi gdyż nie byłem w stanie chodzić. Kolejne miesiące które przyszło mi spędzić
na Letharman mijały podobnie. Za dnia harowałem w pocie czoła po to by wieczorem dać się stłuc jakiemuś osiłkowi dla odrobiny żarcia. Nie wiem jak to się stało ale chyba jako jedyny ze wszystkich niewolników nie zdziczałem w tym przeklętym więzieniu. Może to dlatego, że wciąż miałem nadzieję, że kiedyś się stad wydostanę? Tak czy inaczej żyłem i wciąż miałem szansę. Po krótkim okresie czasu prace w sztolni zostały skrócone na rzecz "treningu Mocy" który Sother wprowadził do naszego planu dnia jako obowiązkowe. Prawdę mówiąc gdybym miał wybierać pomiędzy harówką i treningami... Wybrałbym harówkę. Wierzcie mi, to nic przyjemnego być trenowanym przez chorego na umyśle sadystę. A, że sam opanował posługiwanie się mocą w stopniu podstawowym i to w dodatku jej ciemną i zupełnie nieprzewidywalną stronę... No cóż... Gorszego nauczyciela chyba znaleźć się nie dało. I choć wielokrotnie próbowałem, nigdy nie udało mi się wykrzesać z siebie ani krztyny mocy co strasznie rozwścieczało Sothera. W efekcie dostawałem teraz lanie dwa razy częściej niż zazwyczaj... Wydawało się, że tak będzie już zawsze. Jednak pewnego razu...
-Wstawaj wywłoko!- Otworzyłem oczy i błędnym wzrokiem rozejrzałem się wokół. Drzwi od celi otworzyły się a po chwili do środka wkorczył Sother i dosłownie wyciągnął mnie z wyra.
-Dokąd mnie prowadzisz?- Zapytałem zbaraniały widząc jak zmierzamy w kierunku wyjścia.
-Przemyślałem pewną sprawę. Chyba wiem jak mogę nauczyć cię korzystania z mocy.- Odparł nad podziw uprzejmie wyprowadzając mnie na zewnątrz. Po raz pierwszy od wielu dni dane było mi zobaczyć światło słoneczne. Moje oczy łzawiły z bólu. Sother rzecz jasna nie zwracał na to uwagi. Potykając się, niemal po omacku ruszyłem za nim.
-Gdzie my jesteśmy?- Spytałem kiedy po wielogodzinnym, wyczerpującym marszu dotarliśmy na skaliste pustkowie. Rozejrzałem się. Nigdzie w polu widzenia nie mogłem dostrzec wejścia do sztolni. Nigdy nie zawędrowałem tak daleko. I dlaczego Sother przyprowadził tu akurat mnie?
-To miejsce jest wyjątkowe. Odkryłem je kiedy przybyłem na tę planetę. Śmiem twierdzić, że jest swoistym skupiskiem Mocy. Emenuje bardzo silnie. W takich warunkach nie powinieneś mieć już więcej problemów z wyzwoleniem drzemiącej w tobie siły.
Nie odpowiedziałem. Fakt, że Sother chciał mi pomóc wydawał mi się bardzo podejrzany. Uważnie przyjrzałem się otoczeniu. Wcale nie wyglądało na szczególne. Nie czułem w nim też żadnej mocy. Tylko skały i piach. W milczeniu przystąpiłem do treningu. Raz po raz ze zdwojoną uwagą wysłuchiwałem co miał mi do powiedzenia. Zapamiętywałem każde jego słowo. Po powtórce teorii przyszedł czas na praktykę. Skoncentrowałem się, wyciągnąłem dłoń, wytężyłem wszystkie siły i...
Ponownie nic się nie stało. Choć próbowałem wielokrotnie.
-Jasna i pieprzona cholera!- Ryknął w końcu Sother a ja aż przysiadłem ze strachu. Nigdy nie widziałem go tak rozłoszczonego.- Jak można być takim cholernym beztalenciem! Poświęcałem ci tyle mojego cennego czasu, a ty nadal nie potrafisz opanować najbanalniejszych technik! Jako jedyny ze wszystkich niewolników!-Przez chwilę Sother stał w bezruchu dysząc ciężko. Wyglądał jak gdyby za chwilę miał rzucić mi się do gardła.
-Może po prostu nie mam w sobie Mocy...- Odważyłem się przemówić.
-GÓWNO PRAWDA!-Wrzasnął Sother wyrzucając ręce do góry.- Masz w sobie Moc! Gdyby nie ona nie przeżyłbyś w niewoli ani jednego dnia parszywy głupcze! Ona podtrzymuje cię przy życiu! Dlatego jesteś taki szczególny! Mógłbyś z łatwością wykorzystać te pokłady energii... ALE TY JESTEŚ CHOLERNYM BEZTALENCIEM! JESTEŚ NAJWIĘKSZYM NIEUDACZNKIEM JAKIEGO ZNAM!- Cofnąłem się kilka kroków. Przez chwilę wydawało mi się, że jego oczy wypadną z orbit. To cud, że jeszcze nie zaczął mnie bić.
-Moc u-utrzymuje mnie przy życiu?- Wyjąkałem ostrzożnie.
-Zgadza się wywłoko. Myślisz, że dlaczego udaje ci się przeżyć na tej odrobinie żarcia którą dostajesz? Nie zastanawiałeś się też dlaczego udaje ci się przeżyć każdą przegraną walkę? Dlaczego następnego dnia nie masz na sobie żadnych blizn i siniaków? Bo masz w sobie MOC! Czy to nie jasne? To dzięki niej zawsze leczyłeś swoje ranny. Rzecz jasna robiłeś to nieświadomie. Nie byłeś w stanie tego kontrolować. U ciebie funkcjonuje to jako swoisty mechanizm obronnny. Włącza się w chwilach zagrożenia.
-A może jestem po prostu bardziej wytrzymały?
-GŁUPSTWA! TY? KEL DOR? WYTRZYMAŁY? Nie rozśmieszaj mnie!
Tu miał rację. Moja rasa jest stosunkowo mało odporna na obrażenia fizyczne. Kiwnąłem głową kilka razy.
-A kiedy nauczyłem was podstaw Mocy i ty jako jedyny nie potrafiłeś używać jej w walce? Inni miotali tobą jak marionetką! Byłeś bezwładną kukłą którą oni obijali o ściany! Powinieneś był zginąć od obrażeń wewnętrznych! A mimo wszystko tobie udawało się przeżyć. Zupełnie jak karaluchowi.
Pokiwałem głową bojąc się wtrącić. W każdej chwili mógł wybuchnąć.
-Dlatego zawsze dawałem ci szansę. Nie zezwalałem by inni cię dobijali po skończonej walce. Miałem nadzieję, że jeszcze pokażesz swój potencjał. Ale ty okazałeś się głupcem. Nawet w miejscu w którym korzystanie z mocy jest dziecinnie proste! - Sother zamilknął na chwilę i począł krążyć wokół mnie. -Ale zaczynasz działać mi już na nerwy. W zasadzie nic już z ciebie nie będzie. Marnuję tylko czas. Muszę się ciebie pozbyć. - Nagle mój ciemiężca zatrzymał się i wyciągnął dłoń w moim kierunku. To co poczułem w tej chwili było chyba najbardziej paskudnym odczuciem jakie organizm może zafudnować człowiekowi. Jak gdybym był miażdżony i rozrywany w jednym i tym samym momencie. Ból dosłownie przenikał mnie do szpiku kości. Bolało mnie całe ciało, włókna moich mieśni zdawały się wrzeszczeć w proteście. Sam też miałem wielką ochotę krzyczeć. Ale nie mogłem. Nagle poczułem jak gdyby dławił mnie niewidzialny powróz. Miotałem się w powietrzu targany spazmami kiedy nagle poczułem ulgę. Czyżbym już umarł i mój duch opuścił moje ciało? Otworzyłem oczy. Klęczałem na skalistej ziemi a przede mną stał Sother. Jego usta były otwarte w niemym podziwie.
-To niesamowite! WCHŁONĄŁEŚ tę Moc? To faktycznie dowodzi, że uaktywnia się ona w chwili zagrożenia... Doprawdy, interesujące. To pierwszy znany mi przypadek w którym to Moc kontruluje żywą istotę a nie odwrotnie. To nie symbioza. To wręcz pasożytnictwo. Doprawdy, nieprzewidywalność tej energii nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Tak czy inaczej nie jest to energia niewyczerpalna. Teraz już nie jesteś w stanie się bronić. Udowodnię ci to. Zaraz. - Po tych słowach Sother ponownie uniósł dłoń. Widząc to odskoczyłem jak zwolniona sprężyna i począłem uciekać w przeciwnym kierunku. Ścigał mnie jego śmiech.
-Głupi! Naprawdę myślisz, że zdołasz...- Następne słowa renegata utonęły w przeszywającym wrzasku który po chwili zagłuszył straszliwy huk a ja padłem na ziemię jak rażony gromem. Smród palonego mięsa był tak nieznośny, że gdyby nie maska z pewnością bym się porzygał. Zaprawdę, Darth Sother nie mógł zrobić w tym momencie nic głupszego. Używanie nieprzewidywalnej energii pod postacią piorunów w miejscu o takim natężeniu Mocy musiało skończyć się tragicznie. Sądząc po zwęglonej trupiej masce którą miał teraz zamiast twarzy, Moc wybuchnęła mu prosto w twarz. Jako niedouczony renegat zapewne nie zdawał sobie sprawy ze skutków swoich poczynań. Dzięki temu byłem wolny. Nim jednak odszedłem z tego przeklętego miejsca zabrałem ze sobą podwójne ostrze Sothera. Pojęcia nie miałem jak walczyć za pomocą tego czegoś ale zawsze mogło się przydać. "lepsze to aniżeli nic"-Pomyślałem sobie i chwiejnym krokiem ruszyłem na poszukiwania jego statku. Po kilku wyjątkowo długich godzinach udało mi się go odnaleźć. Dziękując losowi, że swojego czasu ojciec nauczył mnie pilotować tego typu pojazdy opuściłem co rychlej tę przeklętą planetę. Nawet przez myśl mi nie przemknęło by powrócić do sztolni i powiedzieć reszcie niewolników o tym co się wydarzyło. Nie było to szczególnie miłe z mojej strony ale jak znam swoje pieprzone szczęście w ramach wdzięczności, moi byli towarzysze niedoli pobiliby mnie i odlecieli. Moje dalsze losy po wyrwaniu się z niewoli potoczyły się stosunkowo dobrze. Chwytałem się najrozmaitszych zajęć aby mieć z czego żyć i zapomnieć o niezbyt szczęśliwym epizodzie na Letharmanie. I tak oto pracowałem jako barman, posłaniec, wędrowny handlarz, pilot... W zasadzie podejmowałem się każdej pracy. Ba, przez krótki okres czasu wiodłem nawet niebezpieczny żywot najemnego żołnierza! Stwierdziłem jednak, że ta praca jest dla mnie nazbyt niebezpieczna a płaca zdecydowanie nieadekwatna do stopnia ryzyka. W końcu zdecydowałem się zarabiać na życie jako wykidajło i członek straży przybocznej możnych handlarzy i urzędników. Byli najemni żołnierze byli tam zawsze chętnie witani, to też nie miałem większych problemów ze znalezieniem pracy. Dodatkowo od czasu wydarzeń na Letharman miałem ze sobą miecz świetlny. Co prawda nie potrafiłem się nim posługiwać... (Dodatkowo jedna z jego głowni była popsuta...) Ale z powodzeniem stosowałem go jako broń psychologiczną. Tak, tak! Widok rękojęści miecza u mojego pasa skutecznie wybijał z głowy chęć wszczynania burd nawet najbardziej krewkim osobnikom. W zasadzie było to skuteczne do tego stopnia, że ani razu nie musiałem interweniować za pomocą siły. Ale jak zwykle moja młodzieńcza głupota i zbyt długi jęzor sprowadziły na mnie kłopoty. Widząc jaki postrach i szacunek wzbudzam tym cackiem wśród innych poczałem się puszyć jak Goa Lawah w trakcie sezonu godowego a mój głupi łeb podsuwał mi coraz to nowe zełgane historie które to opowiadałem w towarzystwie (blagi były tym bogatsze im bardziej urodziwe panny składały się na owo towarzystwo i im więcej Adrees wypiłem...). Nie zamierzam bynajmniej przytaczać tutaj tych wydumanych historii. Żrący mnie wstyd jak i luki w pamięci (spowodowane najczęściej wyżej wspomianym Adrees w którym zagustowałem...) nie pozwalają mi na to. Wiedz jednak, że wszystkie te opowieści zaczynały się od tego jak to w chwalebnym boju (o ironio!) zabiłem Sothera i odebrałem mu jego ostrze. Nie było mi dane jednak dłużej o tym paplać jako, że moje opowieści obiegły okolicę w iście zatrważającym tempie trafiając do uszu niewłaściwych osób. Swoją pomyłkę uświadomiłem sobie dopiero gdy jeden z moich znajomych opowiedział mi w co tak naprawdę się wpakowałem.
-Słuchaj Raag. Muszę ci powiedzieć coś ważnego.- Powiedział podchodząc do mnie w trakcie trwania bankietu wydanego na cześć zfinalizowania pewnej wyjątkowo złożonej transakcji.
-Zamieniam się w słuch Rodlango.
-Mówią o tobie. Stałeś się dosyć popularny. Na twoim miejscu zabierałbym się stąd. I to czym prędzej.
-Słucham?- Spytałem lekko zbaraniały. Miałem rezygnować ze sławy i w miarę dostatniego życia?
-Jedi cię szukają. Wpadłeś w niezłe tarapaty brachu.
-Uhuhuhu! Jedi co? A gdzież oni są? Niech przyjdą skoro mają interes do mnie! - Dowcipkowałem głupio chcąc ukryć swój niepokój.
-W zasadzie przysłali już po ciebie kogoś. Ten ktoś jest już tutaj.-Odparł Rodlango a ja poczułem się jak gdyby mój żołądek wywrócił się do góry nogami.-Dzięki żeś mnie uprzedził. Mus mi z nim porozmawiać.- Odrzekłem na pozór hardo po czym zniknąłem mu z oczu. Rzecz jasna nie chciałem naprawdę szukać tego Jedi. Wręcz przeciwnie! Miałem się z zamiarem odpalenia mojego statku (znaczy się statku Sothera który pozwoliłem sobie przywłaszczyć...) i ulotnienia się stąd w najszybszym możliwym tempie. Już dotarłem do hangaru kiedy...
-Zaczekaj! Ty nazywasz się Raag? Raag Sin?- Usłyszałem głos za moimi plecami. Byłem tak zaskoczony, że miast uciekać stanąłem jak wryty.
-Um... Tak. To ja.- Odparłem i powoli zacząłem się odwracać. Czy zdąże sięgnąć do kabury po blaster? Czy zdąże wystrzelić i uciec? A może lepiej sobie odpuścić?- Myślałem gorączkowo kiedy nagle moim oczom ukazał się...
Mój rodzony brat. Naadir Sin.
Gdybym w tym momencie ujrzał świeżo zmartwychwstałego Dartha Sothera wysmarowanego tłuszczem i oznajmiającego, że jest fleekijskim węgorzem , to zdziwiłbym się mniej aniżeli na widok mojego dawno niewidzianego brata.
-Naadir?
-Raag?
Po tych słowach rzuciliśmy się ku sobie by się wyściskać, rycząc przy tym jak dwa nerfy. Potem zaś Naadir opowiedział mi swoją historię. O tym jak przechodził szkolenia i o tym jak wiódł życie jako młody adept. Po zakończeniu treningów uzyskał pozwolenie na odwiedzenie swojej rodzinnej planety co też uczynił bez chwili zwłoki. Niestety gdy przybył na D'yet ja byłem w drodze wraz z aktorską trupą. Z początku brat chciał mnie szukać, ale ważne sprawy wezwały go z powrotem do akademii. Wezwanie dotyczyło pewnego dosyć uciążliwego sitha-renegata który ostatnimi czasy wzmógł swą przestępczą aktywność. Naadir wyjaśnił, że człowiek ten ukrywał się pod pseudonimem Darth Sother. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Jakże to dziwnie splotły się nasze losy... Przerwałem Naadirowi i opowiedziałem mu o swojej niewoli na Letharmanie. Tym razem to na niego wypadła kolej by być zdumionym.
-Byłem tam! Uczestniczyłem w transporcie zaginionych osób które tam odnaleziono! Ale nie wiedziałem, że to TY pozbyłeś się Sothera!
-W zasadzie zabiło go jego własne szaleństwo.- Odparłem zgodnie z prawdą.
-Słuchaj Raag, naprawdę cieszę się z tego spotkania. Niestety przyszło się nam znaleźć w niezbyt ciekawych okolicznościach. Czas nagli. Pozwól więc, że przejdę do sedna sprawy. Namieszałeś stary. I to nieźle. Narozrabiałeś jak nie przymierzając pijany Jawa. Doszło to do niewłaściwych uszu. Jedi wiedzą już o Raagu Sinie który popisuje się mieczem i tym samym uzurpuje sobie ich prawa.- Zaczął Naadir a ja milczałem paląc się ze wstydu.
-Ale nie jest źle. Jesteś strasznym szczęściarzem. Gdy tylko usłyszałem nazwisko "Sin" od razu zgłosiłem się na ochotnika do wypełnienia tej misji. Jedi chcą bym cię im przyprowadził.- Kontynuował a potem zamilknął na chwilę.- Wiem też o twoich problemach z Mocą Raag. Jeżeli zechcesz, wyjaśnię innym rycerzom całą sytuację. A gdybyś wstąpił w szeregii zakonu, moglibyśmy Ci pomóc. A ja... Nie ukrywam, że byłbym dumny mając brata który zechciałby podążyć ścieżką Mocy.
-Nie, Naadir. Wybacz ale ja nie mogę. Takie życie to nie dla mnie. Dosyć już mam tej całej przeklętej Mocy i tego całego szaleństwa.
-Rozumiem.- Odparł spokojnie.- Masz do tego prawo. Ale byłoby lepiej gdybyś oddał mi swój miecz. Niebezpiecznie nosić ze sobą taką broń. Pomyśl tylko co by się stało gdyby to Sithowie dowiedzieli się o tym przed nami...
Ochoczo odpiąłem rękojeść od pasa i podałem ją bratu. Pozbyłem się jej z wielką chęcią. Do tej pory miałem przez nią tylko same kłopoty i niewiele pożytku.
-Byłoby dobrze gdybyś gdzieś się ukrył Raag. Przeczekał aż sprawa nieco ucichnie. Biorę na siebie obowiązek wytłumaczenia moim przełożonym całej sprawy. Powiem, że zaszła pomyłka. Albo, że zaginąłeś... Coś wymyślę. Bywaj w zdrowiu młodziaku.
Po tych słowach uścisnęliśmy sobie prawice i życzyliśmy wzajemnie dobrej drogi. Ukryć i przeczekać. O tak. To będzie najrozsądniejsze w tej sytuacji. Zresztą czy nie należało mi się trochę spokoju? Wszystkie moje oszczędności przeznaczyłem na zakup najpotrzebniejszych arykułów jak i kilku banth. Zamierzałem osiąść na Lothrein i zająć się hodowlą tych zwierząt. I tak też uczyniłem. Od roku mieszkam już tutaj wiodąc ascetyczne życie w mojej pustelni. Samotne życie i asceza! Czy to czasem nie różniło się od moich młodzieńczych marzeń o sławie i podróżach? Cóż mogę rzec. Przywykłem. Zastanawiam się nawet czy nie spędzić tutaj całego swojego życia. To pustynne pustkowie działa na mnie kojąco. Żadnej mocy. Żadnych napadów mojego "dzikiego talentu". Tylko ja, moje stado i piach. I czas. Mnóstwo czasu. A to skłania do refleksji. Wielokrotnie miałem okazję rozmyślać o swoim dawnym życiu. I doszedłem do wniosku, że niczego nie żałuję. Mimo wszystko. Może jeszcze kiedyś dane mi będzie podróżować przez galaktykę i przeżywać przygody? Kto wie? Może i dam szansę losowi? Póki co jednak potrzebny jest mi odpocznek.
Nagle holodziennik urywa się po to by po krótkiej chwili odtworzyć kolejny wpis.
Przeklęta Moc powróciła. A wraz z nią straszliwe bóle i bezsenne noce. Czy ja już nie mogę mieć już świętego spokoju? Odczuwam palącą potrzebę przeszukania okolicy. Coś mi mówi, że tak będzie lepiej dla mnie. Może jakieś skupisko Mocy tak na mnie działa? Może od tego wariują moje zmysły? Muszę to sprawdzić nim całkowicie oszaleję...
Holograficzny obraz Kel Dora znika i pojawia się ponownie ukazując kolejne nagranie.
-Udało odkryć mi się co było przyczyną zaburzeń na Lothrein. Wiedziony dziwnym impulsem dotarłem w końcu do pewnej starej budowli znajdującej się na powierzchni tej planety. Wyglądała na jakąś liczącą sobie setki lat świątynię. U jej wejścia spotkałem człowieka w białej szacie. Pytałem go kim jest i co tutaj robi. W odpowiedzi uśmiechnął się tylko i ruszył dłonią w moim kierunku. Nie mogę sobie przypomnieć co działo się później. Zapewne popadłem w omdlenie, budząc się dopiero tutaj. Pojęcia nie mam w jaki sposób się tu dostałem i co to za miejsce... Ale moje przykre dolegliwości związane z Mocą zupełnie zniknęły! Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Jeżeli ktokolwiek odnajdzie ten holograficzny zapis niech bez chwili zwłoki przekaże go rycerzowi Jedi imieniem Naadir Sin wraz z współrzędnymi tej planety. Jestem w stanie zagwarantować, że zostanie za to wynagrodzony. Tymczasem nie pozostaje mi nic innego jak rozejrzeć się po okolicy...
(A poniżej kilka "ilustracji" do tej historii.)
- Opuszczenie domu rodzinnego.
- Przed występem.
- W trakcie jednego z pokazów.
- Darth Sother.
- Naadir Sin.
- Revel
- ŚM - Świadomy

- Posty: 113
- Rejestracja: 19 kwie 2009, o 21:15
- Imię Postaci: Revel
- Xfire: revel91
- GaduGadu: 11786066
- Lokalizacja: Letherman
Re: Raag Sin [ŚM]
Świetne podanie! To jest pierwsze podanie w GoSW które mnie wprost zachwyciło.
Historia jest bardzo ciekawa - oryginalna, spójna, długa, pozbawiona błędów stylistycznych i gramatycznych (przynajmniej się nie doszukałem, ale kto by się tym tak przejmował gdy historia jest tak długa?). Doświadczanie również niczego sobie. Jestem pewny że zasilisz nasze szeregi.
Wielkie TAK.
P.S. Historia to praktycznie 9 całych stron formatu A4, czyli gdzieś ok.10 razy tyle ile jest w wymogach minimalnych.
Historia jest bardzo ciekawa - oryginalna, spójna, długa, pozbawiona błędów stylistycznych i gramatycznych (przynajmniej się nie doszukałem, ale kto by się tym tak przejmował gdy historia jest tak długa?). Doświadczanie również niczego sobie. Jestem pewny że zasilisz nasze szeregi.
Wielkie TAK.
P.S. Historia to praktycznie 9 całych stron formatu A4, czyli gdzieś ok.10 razy tyle ile jest w wymogach minimalnych.
- Liga/Darxul
- ŚM - Fenker

- Posty: 161
- Rejestracja: 13 kwie 2009, o 11:09
- Imię Postaci: Darxul
- Xfire: liga997
- GaduGadu: 10018175
- Lokalizacja: Łabiszyn
Re: Raag Sin [ŚM]
Aaa! Jestem na NIE! To podanie jest w cholere lepsze od mojego i mnie zatkało
A tak serio... Oczywiście że jestem na wielkie, zielone, tłuściutkie TAK
A tak serio... Oczywiście że jestem na wielkie, zielone, tłuściutkie TAK
- Zattara
- ŚM - Nowo Przybyły

- Posty: 64
- Rejestracja: 25 cze 2009, o 22:07
- Imię Postaci: Zattara
- Xfire: vampirekenshin
- GaduGadu: 912421
- Lokalizacja: Brodnica
Re: Raag Sin [ŚM]
ZA = historia ciekawa, doświadczenie jest, wszystko jest...
"Nigdy nie zwyciężysz wroga, którego twoja wyobraźnia uczyniła niepokonanym."
"Tak to już bowiem jest, że właśnie z cienia najlepiej dostrzec mrok, a blask tylko oślepia źrenice"
"Niebezpieczeństwem zadawania pytań jest to, iż możecie otrzymać odpowiedź"
"Kiedy patrzysz w otchłań, otchłań może zacząć patrzeć w Ciebie"
"Odważni nie żyją wiecznie, lecz tchórze nie żyją wcale"
Mordimer Madderin
"Tak to już bowiem jest, że właśnie z cienia najlepiej dostrzec mrok, a blask tylko oślepia źrenice"
"Niebezpieczeństwem zadawania pytań jest to, iż możecie otrzymać odpowiedź"
"Kiedy patrzysz w otchłań, otchłań może zacząć patrzeć w Ciebie"
"Odważni nie żyją wiecznie, lecz tchórze nie żyją wcale"
Mordimer Madderin
- Kranek
- ŚM - Nowo Przybyły

- Posty: 33
- Rejestracja: 12 kwie 2009, o 20:15
- Imię Postaci: Lanz
- Xfire: darthkranek
- GaduGadu: 10099658
Re: Raag Sin [ŚM]
TAK, bo biedronki tak chciały a żuczkom nie pozwoliły.
- Lady Wu Tang
- ŚM - Nowo Przybyły

- Posty: 6
- Rejestracja: 13 cze 2009, o 21:27
- Imię Postaci: [ Lady ] Wu Tang
- Xfire: ladywutang
- GaduGadu: 9539824
Re: Raag Sin [ŚM]
Wszystko ładnie i przyjemnie.
Historia długa i nawet przyjemna w czytaniu.
Ilustracje też nie odbiegają od reszty.
Tak
Historia długa i nawet przyjemna w czytaniu.
Ilustracje też nie odbiegają od reszty.
Tak
-
Ragnar
- Posty: 90
- Rejestracja: 28 lut 2009, o 12:27
- Imię Postaci: Ragnar
- Xfire: Rydholt
- GaduGadu: 2124297
Re: Raag Sin [ŚM]
Historia ładna , a nawet przepiękna, wszystko nieźle , podoba mi się twoja pierwsza część tz. coś o sobie
Jestem na Tak
PS.
Twa postać ma coś wspólnego z postacią Van Sin'a?![e? [surrender]](./images/smilies/surrender.png)
Jestem na Tak
PS.
Twa postać ma coś wspólnego z postacią Van Sin'a?
Rycerz Jedi Ragnar
Uczeń Rycerza Cread'a
Uczeń Rycerza Cread'a
-
Wagner
- ŚM - Wielki Mistrz

- Posty: 104
- Rejestracja: 7 mar 2009, o 20:59
- Imię Postaci: Arhael
- Xfire: wagnerthenecromancer
- GaduGadu: 4549862
Re: Raag Sin [ŚM]
Podanie bardzo estetyczne i odpowiednio napisane. Historia niezwykle mi się podobała, a zwłaszcza natchnęła wątkiem na Letharman. Nadałeś temu wszystkiemu odpowiedni cień. Co jest największym plusem w tym opowiadaniu? A to, że Raag nie robił z siebie wielkiego bohatera, który miótłby innymi bez mniejszych problemów. Pokazałeś go jako prostego mieszkańca Galaktyki. Oczywiście, na TAK.
___________________________________
Gratulujemy!
Raag został przyjęty do frakcji "Świadomi Mocy" i dopuszczony do próby otrzymania rangi "Nowo przybyły" . Zapoznaj się ze wszelkimi rzeczami jakie musisz ściągnąć by móc z nami grać. Przeczytaj także najważniejsze informacje o frakcji do której chcesz wstąpić. Jeżeli korzystasz z komunikatora X-FIRE, zapisz się TU.
Data próby to: DO USTALENIA!
- Informacje o "Próbie początkowej".
__________________________________
___________________________________Gratulujemy!
Raag został przyjęty do frakcji "Świadomi Mocy" i dopuszczony do próby otrzymania rangi "Nowo przybyły" . Zapoznaj się ze wszelkimi rzeczami jakie musisz ściągnąć by móc z nami grać. Przeczytaj także najważniejsze informacje o frakcji do której chcesz wstąpić. Jeżeli korzystasz z komunikatora X-FIRE, zapisz się TU.
Data próby to: DO USTALENIA!
- Informacje o "Próbie początkowej".
__________________________________
Mistrz Wagner
ClanLeader frakcji "Świadomi Mocy".
... i od niedawna WGM (Wielki GameMaster)












