Dresden
Narodziny Dresdena
Gligorax przekazał nam bardzo złe wieści, podobno Kuobleagh nie dawał znaku życia. Imperator wysłał Lankar, Seicel Koss oraz mnie abyśmy zbadali całą sytuację. Kiedy dotarliśmy na Kryo'ran spotkaliśmy dziwnych kultystów, Kryo'ran było pełne Ciemnej Strony jednak nie wiem dlaczego nie mogliśmy korzystać z Mocy. Kultyści lekceważyli nas, co bardzo nas zdenerwowało i stanęliśmy z nimi do walki. Jednak wyjątkowo szybko pokonali mnie oraz Lankara. Eter znowu zaskoczył wszystkich swą walecznością, czym zaimponował naszym przeciwnika i pozwolili nam przejść. Wszystko to było bardzo dziwne, byłem bardzo zaniepokojony. Kiedy przebyliśmy dolinę, trafiliśmy do dziwnego grobowca w którym według Gligoraxa powinien znajdować się Koubleagh. Trafiliśmy tam na Jedi, którzy jednak nie stanowili dla nas przeciwników. W głębi grobowca natrafiliśmy na ludzi którzy kazali nazywać się Szarymi Sith i próbowali przeciągnąć nas na swoją stronę twierdząc że Kuobleagh nie żyje. Udając, że im uległem chciałem się do nich zbliżyć i zabić, jednak się nie udało. Musieliśmy uciekać, jednak zniszczyli nasz statek. Myślałem, że to już koniec, jednak jak twierdzili Mistrz kazał pokazać nam grób Koubleagha. Tak naprawdę chodziło o jakiś tajemniczy rytuał dzięki któremu ich Mistrz stanie się półbogiem. Wyczuwałem iż Lankar się waha, kultyści o mało nie zabili mnie i Etera. Oszczędzili nas tylko przez to, iż Lankar któremu obiecano Moc zdradził imię Lorda który był niezbędny do dokończenia rytuału. Jednak najważniejsza rzecz dla mnie działa się na cmentarzu przed wejściem do krypty. Wyczuwałem tam obecność istoty która była czystą energią, wzywała mnie. Czułem że ma mi coś do powiedzenia, coś co uczyni mnie jeszcze bardziej potężnym. Po powrocie na Muag’ta byłem niespokojny, jednak starałem się tego nie okazywać. Wszyscy byli rozdrażnieni, zawiedliśmy Imperatora. Jednak kultyści mieli trochę racji mówiąc iż czas Koubleagha się kończy. Nigdy tak naprawdę nie wierzyłem w jego potęgę. Kiedy powiedziałem o tym Gligoraxowi rozzłościł się i powiedział iż popełniłem haniebny czyn, jednak ja wie,m że wyrzekając się Koubleagha stałem się silniejszy. Postanowiłem wrócić do krypty w której pokonali nas Szarzy Sithowie, aby odnaleźć to dziwne źródło Mocy. Kiedy tam trafiłem na miejscu krypty nic nie było, jednak cmentarz pozostał niezmieniony, nadal czułem Moc. W pewnym momencie spostrzegłem dziwną czarną smugę przypominającą człowieka, podszedłem bliżej. Z każdym krokiem czułem coraz silniejsze wibracje Mocy, nagle coś mnie sparaliżowało nie mogłem ruszyć nawet palcem. Widziałem jak owa czarna smuga zmierza w moją stronę, jednak nie bałem się, wiedziałem że nic mi się nie stanie.
- Kim jesteś przybyszu – zapytał duch telepatycznie. Wtedy paraliż ustąpił
- Zwę się Lorgos – odpowiedział za pośrednictwem Mocy
- Do komunikacji używasz Rah! – odpowiedział przejętym tonem
- Rah?! A co to Rah? – zapytałem, już normalnie
- Nie wiesz co to Rah, a używasz go?! Łżesz! – wrzasnął
- Chodzi ci o Moc? – zapytałem, zaniepokojony
- Być może, Ty mówisz Moc, ja mówię Rah. – mruknął spokojnym tonem
- A więc tak jestem użytkownikiem Rah, a kim ty jesteś?
- Jam jest Veg Kanhal, mag z rasy KagEgra.
- Chyba raczej byłeś – odpowiedziałem szyderczo
- Tak...masz racje byłem, zostałem zamordowany przez mój lud ponieważ przerazili się tego jak Rah jest we mnie rozbudowane. – odpowiedział z żalem
- Skoro byłeś tak potężny jak zdołali cię zabić? – zapytałem bardzo zaciekawiony
- Podstępem, w zasadzie jestem nieśmiertelny... – odpowiedział z żalem w głosie
- Jak to nieśmiertelny? Przecież rozmawiam z duchem. – czułem że ten duch coś kręci
- Rozmawiasz z moim ucieleśnieniem Rah, moja nieśmiertelność polega na tym iż potrafi odbudować swoje ciało nie ważne jak bardzo byłoby zniszczone.
- Skoro tak do dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem?
- To proste, mam pewne ograniczenia. Mogę się zregenerować, tylko wtedy kiedy moje szczątki znajdują się na jednej planecie. A moi zabójcy doskonale o ty wiedzieli, dlatego mnie poćwiartowali i rozrzucili po całej galaktyce. A skoro odkryłeś me istnienie sądzę iż twa wrażliwość na Ra....Moc pomoże mi się odrodzić.
Nie wiedziałem co o tym myśleć, z jednej strony to doskonała okazja aby posiąść nowe umiejętności, z drugiej zaś bardzo podejrzana sprawa. Jednak ciekawość była większa niż rozsądek. Wydobyłem czaszkę Vega z mogiły, i ruszyłem na poszukiwanie reszty ciała. Nie było to trudne gdyż Veg doskonale pamiętał jak zginął i gdzie spoczywają jego szczątki. Były to doskonale znane mi planety, jednak nigdy nie dostrzegałem na nich tak wielkich pokładów Mocy jak wtedy. Mieliśmy już prawie wszystko, brakowało jedynie prawej dłoni. Znajdowała się ona na jego rodzimej planecie, jednak nie miałem jej w żadnych mapach międzygwiezdnych. Na szczęście on znał doskonale koordynaty tej dziwnej planety. Jednak Veg nie mógł się odrodzić, ponieważ jego dłoń była chroniona potężnym polem Mocy. Musieliśmy udać się do jego wieży. Idąc przez miasto które on zwał Ag-Rahig widziałem wspaniałe budynki, jednak żadnych mieszkańców. Zapytałem Vega o co chodzi, twierdził iż po jego śmierci planeta utraciła życiodajną energię i KegEgranowie musieli odejść. Kiedy znaleźliśmy się w wieży użyłem Mocy aby uwolnić dłoń maga. Wtedy stało się coś dziwnego, Veg Kanhal stanął obok mnie jednak nie w takiej postaci jak to sobie wyobrażałem, lecz jako szkielet. Eksplozja Mocy była tak wielka iż przewróciła mnie na ziemię, a Veg śmiał się jak opętany. Jednak kiedy zorientował się iż coś poszło nie tak zamilkł i spojrzał na mnie złowieszczym pustym spojrzeniem swych żółtych oczu.
- Dzięki Tobie odrodziłem się – mówił w nieznanym mi przedtem języku, jednak wtedy go rozumiałem
- Co teraz?! – zapytałem, czułem strach.
- Potrzebuje Cię, musimy połączyć się w jedność. Wtedy staniemy się niepokonani. – powiedział bardzo zdecydowanie
Po czym bez żadnych gestów uniósł mnie i umieścił w dziwacznej machnie, po czym sam wszedł do drugiej komory. Nagle wszystko zaczęło się trząść, po czym zobaczyłem wielkie światło...
- Taaaak....teraz jesteśmy jednością – słyszałem głos dobywający się z mojej głowy
- Gdzie jesteś?! – wrzasnąłem
- Ja jestem Tobą, a Ty jesteś mną, jesteśmy jednością. Przepowiednia się spełniła...nareszcie stałem się całkowicie nieśmiertelny...Nareszcie stałem się Dresdenem!!!
I tak oto Lord Lorgos posiadł tajemnice nieśmiertelności. Tak oto narodził się Dresden.
Pragnienie Mocy
Jako nowa istota czułem się dziwnie, a właściwe czuliśmy. Bo teraz już nie było ani Lorgosa, ani Veg Kanhala. Teraz wspólnie panowaliśmy nad jednym ciałem, czuliśmy naszą potęgę i Moc jaka w nas drzemie. Jednak byliśmy zmuszeni podzielić się tą Mocą między siebie, co wydawało nam się trudne jednak po kilku dniach pobytu na planecie zwanej przez Veg’a RamKhree opanowaliśmy tą umiejętność. Dopiero teraz byliśmy całkowicie zjednoczeni, nasze wspomnienia, myśli i losy były teraz połączone na wieczność. Pamiętaliśmy RamKhree w czasach jej świetności, w czasach przed zjednoczeniem. Cywilizacja ta znikła jak przypuszczaliśmy po naszej pierwszej śmierci. Jednak pragnęliśmy dowiedzieć się czegoś więcej, mimo iż nasza potęga była już przedtem ogromna i sądziliśmy, iż tylko dzięki nam na RamKhree istnieje energia niezbędna do życia to uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy bogami i mimo tak wielkiej Mocy nie panujemy na Rah całej planety. Cywilizacja KarEgran, była społeczeństwem kastowym, przynajmniej dawniej. Najniższą warstwę społeczną stanowili robotnicy, pracowali oni w kopalniach kryształów oraz na polach uprawnych po drugiej stronie planety. Kastę średnią stanowili kupcy, to oni zamieszkiwali bogate dzielnice w miastach, i to dzięki nim RamKhree otrzymywała towary z zewnętrznego świata. Dawniej bowiem jeszcze prawdopodobnie przed powstaniem Republiki nasza planeta była bardzo często odwiedzana przez przybyszów z całej galaktyki. Kastę najwyższą stanowili magowie, tacy jak my, to oni sprawowali piecze nad planetą. Dzięki ich wynalazkom możliwa była błyskawiczna komunikacja między obiema częściami planety. My byliśmy najpotężniejszym pośród magów. Jednak nie przejmowaliśmy się losem planety, dążyliśmy do pełnego poznania Mocy, zwanej przez nasz ród Rah. Byliśmy pewni że nic nie jest w stanie nam przeszkodzić w dążeniu do połączenia naszej duszy z Rah i stania się najpotężniejszą istotą w galaktyce. Jednak Rada Magów przerażone naszej potęgi postanowiła się pozbyć niebezpieczeństwa. Podburzyli cały lud przeciwko nam, jednak nie mieli dość Rah aby przedostać się przez zabezpieczenia naszej wieży. Jedyną osobą która mogła to zrobić był nasz uczeń. Istota której poświęciliśmy większość czasu, pragnęliśmy przekazać mu wiedzę, aby był godzien przewodzić Radzie kiedy my przemierzalibyśmy galaktykę w poszukiwaniu źródła, gdyż z naszych ówczesnych badań wynika iż Rah, zwane również Mocą ma swe źródło gdzieś w galaktyce, jednak tylko nieliczne istoty boskie lub półboskie potrafią korzystać ze źródła. Pewnego dnia Rada Magów uprowadziła naszego ucznia podczas badań w górach, zrobili mu pranie mózgu i wysłali aby wystawił nas na ich pastwę. Kiedy po raz kolejny magowie zbliżali się do wieży byliśmy spokojni, pewni że nic nam nie grozi. Nagle poczuliśmy zawirowanie Rah, tarcze wieży opadły. Nagle w naszym laboratorium, pojawiła się cała Rada Magów w rytualnych szatach. Byliśmy zaskoczeni, nie zdołaliśmy rzucić żadnego zaklęcia. Pięciu magów złapało nas więzami mocy, pozostała piątka przygotowała rytuał który miał uniemożliwić mi regenerację. Ku naszemu zaskoczeniu jedenastym magiem rady który miał dokończyć dzieła był ów uczeń któremu ufaliśmy, to on nas ćwiartował. Byliśmy w pełni świadomości kiedy to się działo, przerażający ból który przeszywał wszystkie nerwy naszego ciała. Krzyczeliśmy jak opętani, jednak magowie wydawali się nie słyszeć tego krzyku. Jedenasty Mag czynił swą powinność z iście rzeźnicką obojętnością, wydawało nam się iż robi to tak aby sprawić nam jak największy ból. Kiedy było już po wszystkim nadal byłem świadom, jednak rytuał jaki odprawiła rada uniemożliwił nam regenerację. Przez milenia, kiedy byliśmy rozdzieleni ciągle czułem ten ból. Jednak zdołałem się do niego przyzwyczaić. Teraz już nic nie czuje, ból dla nas już nie istnieje, strach stał się obcym uczuciem, obojętność na cierpienia innych stała się częścią naszej egzystencji. Nie istnieje dla nas już nic poza pragnieniem, niezaspokojonym pragnieniem Mocy. Mocy płynącej prosto ze źródła. Nie skalanej żadną inną istotą która ową Moc udostępnia. Jednak aby osiągnąć tę Moc musimy odnaleźć jej źródło. Teraz to nasz jedyny cel, cel nowej nieśmiertelnej istoty która myślała iż nieśmiertelność to wszystko co można osiągnąć. Kiedy osiągnęliśmy to co wydawało się nieosiągalne, poczuliśmy iż to wciąż za mało. Dążenie do doskonałości oto co nam pozostało. Nie myślimy co stanie się po tym, bo teraz nie istnieją już granice możliwości, cała galaktyka stoi przed nami otworem i to my staniemy się jej panami....
Teoria źródła
Po powrocie z RamKhree przez kilka dni przebywaliśmy w bazie na Muag’ta. Jednak czuliśmy się źle, baza ta nie miała nam już nic do zaoferowania. Posiadaliśmy już wszelką wiedzę jaką tam zgromadzono. Postanowiliśmy udać się na Ossus, tam znajdowała się największa biblioteka w galaktyce. Sądziliśmy iż tam trafimy na jakieś ślady innych badaczy teorii źródła. W końcu dążenie do wiedzy to prawo każdej istoty w galaktyce, tak przynajmniej do tej pory myśleliśmy. Idąc ulicami miasta czuliśmy na sobie spojrzenia mieszkańców, było to dość drażniące uczucie ponieważ pragnęliśmy pozostać incognito. Wszyscy spoglądali na nas z przerażeniem, sądzę jednak iż widok zakapturzonych postaci nie był im obcy. Ukryliśmy nasze kościste ręce w rękawach płaszcza, a kaptur naciągnęliśmy tak aby rzucał jak największy cień na naszą twarz. Użyliśmy również Rah, aby ukryć naszą obecność przed Jedi. Gdy trafiliśmy pod bramy wielkiego gmachu w centrum miasta przy drzwiach wejściowych stało dwóch Jedi, przynajmniej wyglądali jak Jedi. Nie zwracając na nich uwagi podeszliśmy do drzwi, i wtedy stało się coś czego się nie spodziewaliśmy. Tuż przed naszymi oczyma ukazały się dwa ostrza mieczy świetlnych
- Nie wejdziesz tu! – powiedział Jedi
- A to niby dlaczego?
- Wiemy kim jesteś Sithcie – odpowiedział drugi
- Skoro tak to nie powinniście podnosić na mnie ręki głupi Jedi.
- Już niedługo nie będziemy zwykłymi Jedi, nasz Mistrz odnalazł zwoje traktujące o Źródle Mocy.
- A więc chcecie zdradzić Zakon i przejść na Ciemną Stronę, czyż nie? – powiedziałem pogardliwie
- NIE! – uniósł się pierwszy – Nie zdradzimy Zakonu, nasz Mistrz udostępni czystą Moc wszystkim Jedi, wtedy będziemy mogli was zniszczyć!
- Głupcze! Czy Ty naprawdę sądzisz iż wasz Mistrz podzieli się tą potęgą z kimkolwiek? Nie czujesz?! On już przeszedł na Ciemną Stronę i pragnie Mocy tylko dla siebie.
- Łżesz! Mistrz Hos nigdy nie ugiął się Ciemnej Stronie!
- Cóż w takim razie zginiecie w błogiej niewiedzy – mówiąc to dobyliśmy miecza.
Jedi natychmiast odskoczyli na boki, przyjmując pozycje bojowe. Doskoczyliśmy do jednego i jednym pewnym cięciem pozbawiliśmy go głowy. Drugi zaś chcąc nas zaskoczyć skoczył na nas od tyłu, jednak używając Mocy pchnęliśmy nim w drzwi. Kiedy skręcał się z bólu dobiliśmy go błyskawicami. Wnętrze biblioteki było puste, nie wyczuwaliśmy obecności Mistrza Jedi, co nas trochę zdziwiło. Nigdy nie spotkaliśmy kogoś kto zdołałby ukryć przed nami swoją obecność. Szliśmy powoli środkiem ogromnej sali. Regały wydawały się nienaruszone, przynajmniej na parterze. Udaliśmy się do windy, nie zdziwiło nas to że ma zniszczony panel. Nagle poczuliśmy wibracje Mocy, z głębi korytarza dostrzegliśmy trzech wojowników z mieczami świetlnymi.
- Giń śmieciu!!! – krzyczeli Jedi, a ich krzyk wzmagało dodatkowo ech pustego korytarza
- Żałosne – powiedzieliśmy cicho pod nosem.
Pozwoliliśmy im podbiec, i nas otoczyć. Byliśmy przygotowani do ataku...
- Brać go! – powiedział jeden z Jedi
Na to czekaliśmy. Natychmiast sparowaliśmy atak, i odskoczyliśmy za plecy przywódcy podcinając mu kolana. Padł na ziemie i wył z bólu, cały gmach wypełnił się przeraźliwym krzykiem. Była to muzyka dla naszych uszu. Pozostali dwaj atakowali nas tak przewidywalnie iż nie musieliśmy skupiać się na walce, tylko upajaliśmy się wrzaskami rannego. Po kilku minutach Jedi odskoczyli ode mnie, widząc iż nie są w stanie nas pokonać. Jednak nie w naszym stylu byłoby pozostawienie ich przy życiu, unieśliśmy miecz konającego i rzuciliśmy w ich stronę, obaj odbili miecz, jednak my już staliśmy za ich plecami. Nim zdążyli się odwrócić byli martwi. Idąc do schodów zdeptaliśmy litościwe czaszkę konającego. Badając kolejne piętra zaczęliśmy wyczuwać coraz wyraźniejsze wibracje Ciemnej Strony. Byliśmy niemal całkowicie pewni iż Hos odnalazł w tej bibliotece coś co uczyniło go potężniejszym od każdego Jedi w galaktyce. Kiedy w końcu dotarliśmy na szczyt gmachu spostrzegliśmy postać otoczoną czarnym całunem siedzącą przy biurku, to był Hos.
- Witajcie. – powiedziała dziwna postać
- To Ty jesteś tym Jedi który pragnie należnej nam potęgi?
- Wam?! – powstał zza biurka – Jak to wam?! Nie jesteście godni aby czerpać ze źródła czystej Mocy. Jedynie ja i Zakon Jedi będziemy z niego korzystać!
- Stary głupcze, nie widzisz co się z Tobą stało...Jedi wydalą Cię z Zakonu! Wiedza którą posiadłeś stała się Twoim przekleństwem! – powiedziałem zdecydowanie
- Milcz! jestem teraz najpotężniejszym z Jedi, a dzięki wiedzy o źródle stanę się Wielkim Mistrzem Zakonu!
- Tak Ci się tylko wydaje, spójrz w głąb swej duszy. Już nie jesteś Jedi, Ciemna Strona dominuje w Tobie...nie zdołasz tego ukryć przed Radą Jedi.
- Nie – padła na kolana – Nie! Nieee!!!!! – wrzeszczał trzymając się za głowę
- Tak Jedi, Ciemna Strona wygrała z Tobą. Teraz jesteś jednym z nas! – spoglądałem na tego starca z pogardą, mimo iż jego Moc była ogromna
- Nigdy! – poderwał się i zaatakował nas
Był szybki, nawet bardzo. Jego ciosy mijały nas o włos, odepchnęliśmy go i dobyliśmy miecza. Starzec znowu zaatakował, walczył zupełnie inaczej niż jego uczniowie. Z trudem parowaliśmy jego ciosy. Góra, salto, odskok, pchnięcie, młynek z lewej, potem z prawej. Atakował z taką zaciekłością i żalem iż z każdą chwilą Ciemna Strona w nim wzbierała. Dość uników, pomyśleliśmy. Nadeszła nasza kolej. Rzuciliśmy się na Hos’a atakując go najpierw z dołu, potem z prawej, głowa potem brzuch i z lewej. Jednak żaden cios go nie mógł go dosięgnąć. Nasze klingi krzyżowały się przy niemal każdym uderzeniu, walka trwała dobre trzy godziny. Jednak ani my ani on nie odczuwaliśmy zmęczenia. Postanowiliśmy zakończyć w końcu tę potyczkę, trwała stanowczo za długo. Doprowadziliśmy do zwarcia, nasze miecze skrzyżowały się, jednak ustawiliśmy się w taki sposób, aby za naszymi plecami było wielkie lustro, chcieliśmy za jego pomocą sprowokować Jedi do błędu.
- Spójrz za nas starcze! – pokazaliśmy głową na lustro – Widzisz? Widzisz co się z tobą stało?!
- Nie oszukasz mnie! – warknął
- Patrz!!! – Jedi mimowolnie odwrócił głowę w stronę lustra, po czym odskoczył od nas.
- Co się ze mną stało? – rozmawiał sam ze sobą – Jak mogłem do tego dopuścić?! Nieee!!! – padł na kolana i zaczął płakać.
To była chwila na którą czekaliśmy, staruch się rozkleił. Podeszliśmy powoli i pogardliwie powiedzieliśmy
- Nie jesteś już ani Jedi, ani Sith...bo Sith nigdy nie opuszcza broni – po tych słowach zakończyliśmy żywot Hos’
Skoro już nikt nam nie przeszkadzał, za pomocą Mocy zablokowaliśmy drzwi do biblioteki i zaczęliśmy przeglądać notatki Hos’a. Okazało się iż był bardzo blisko odkrycia źródła, bliżej niż przypuszczaliśmy. Z naszych dotychczasowych badań wynikało iż źródło znajduje się w jednym z układów centralnych. Jednak okazało się iż aby dotrzeć to niego, należy odnaleźć pięć pomniejszych źródeł, aby być dostatecznie potężnym żeby przeżyć kontakt z żywą Mocą. Wedle notatek zebranych przez tego Jedi każde ze źródeł znajduje się na różnych krańcach galaktyki. W rejonach niezbadanych dotąd przez żadną znaną cywilizację. W wiecznej ciemności, gdzie nie dochodzi światło żadnego ze słońc. Postanowiliśmy wyruszyć na sam kraniec galaktyki, w poszukiwaniu nieograniczonej Mocy. Dlatego też muszę opuścić Imperium, Gligoraxa i was Sithowie. Nie wiem kiedy powrócę z tej wyprawy, nie wiem czy kiedykolwiek powrócę. Jeśli jednak dotrę tam gdzie zamierzam i przeżyje kontakt z prawdziwą Mocą, stanę się niezwyciężony. A dzięki Mocy jaką zamierzam tam uzyskać powrócę do was, i zniszczymy [[|Galaktyczni Strażnicy Pokoju|Zakon Galaktycznych Strażników Pokoju]] raz na zawszę....
Powrót
Podczas mojej wyprawy zdarzył się wypadek, mój statek został zaatakowany przez Mandaloriańskich Łowców Głów. Cztery myśliwce ruszyły za mną kiedy wystartowałem z Muag'ta po uzupełnieniu zapasów. Wraz z tymi najemnikami była bardzo potężna istota wrażliwa na Moc, potężniejsza nawet ode mnie. Jednak pozbyłem się dwóch z nich. Dzięki umiejętnością pilotażu jakie posiadłem na Muag’ta trenując. Jednak wykonując wymijający manewr uszkodziłem prawy silnik mojego statku i musiałem awaryjnie lądować na jednym z księżyców Endor. Na szczęście wylądowałem w miarę bezpiecznie. Wiedziałem że będą mnie ścigać więc postanowiłem się przygotować, ukryłem się w pobliżu statku a dzięki Mocy utworzyłem iluzje własnego ciała leżącego we wraku. Mandalorianie dali się nabrać, więc korzystając z okazji zaatakowałem ich błyskawicami. Byli całkowicie zaskoczeni więc nie zdołali uskoczyć, nie śpieszyłem się z ich uśmierceniem. Kiedy już moi prześladowcy skonali postanowiłem skontaktować się z Gligoraxem, jednak było to niemożliwe. Nie wyczuwałem jego obecności, odpowiedź mogła być tylko jedna, Imperator odszedł. Nie dość iż zagrożenie ze strony Jedi i ich popleczników rosło z każdą chwilą to w Imperium nastąpiła anarchia. Czułem że ktoś mnie obserwuje, istota silna Mocą jednak o nie sprecyzowanym jej kierunku. Nie miałem jednak czasu się tym przejmować, musiałem się dowiedzieć co się teraz dzieje w Imperium. Udało mi się skontaktować z jednym z uczniów, Faveksem który powiadomił mnie iż Imperium bez władcy chyli się ku upadkowi. Gligorax w swoim testamencie nie określił kto zajmie jego miejsce. Wiedziałem iż w Imperium rozegra się walka o władze, walka w której nie miałem zamiaru uczestniczyć gdyż miałem ważniejsze cele. Mimo iż byłem pretendentem do tronu Mrocznego Lorda, uznałem iż nie ma potrzeby włączania się do rywalizacji pomiędzy Lankarem, Eterem i Syriushem gdyż każdy z nich byłby równie dobrym władcą. Przez wiele dni przebywałem na miejscu katastrofy próbując naprawić uszkodzenia jednak bezskutecznie. Postanowiłem po raz kolejny skontaktować się z Faveksem, z każdym dniem Imperium chyliło się ku upadkowi, wojownicy zaczęli opuszczać nasze szeregi. Pretendenci do władzy przestali przejmować się dalszym losem Nowego Imperium i po krótkim czasie przestało ono praktycznie funkcjonować. Więc uznałem, że nie mam po co tam wracać. Postanowiłem więc zbadać sprawę tajemniczego obserwatora którego obecność wyczuwałem podczas mojego pobytu na tym księżycu. Poddałem się medytacji, oczekując na jego przybycie. Obserwował mnie bez przerwy wiele godzin, w końcu odszedł. Używając Mocy ukryłem swoją obecność i podążałem jego śladem, aż trafiłem przed gmach dziwnej akademii. Było w niej więcej istot które nie reprezentowały żadnej ze ścieżek Mocy, byli jakby szarzy, ponad wszelkimi podziałami. Pomyślałem iż jest to doskonała okazja do tego aby poznać czystą esencje Mocy, ani Ciemna ani Jasną po prostu czystą nieskazitelną Moc. Tak wiec podszedłem bliżej i zapukałem w ogromne wrota. Jednak się myliłem, mimo iż Szarzy Jedi odrzucili tradycyjny kodeks nadal byli zacofani i nie potrafili dostrzec prawdziwej potęgi Mocy. Dlatego też opuściłem Endor i udałem się na Korriban w celu poddania się medytacji.
Odrodzenie
Wiele miesięcy spędziłem na Korriban oczekując aż w Galaktyce wydarzy się coś godnego mojej uwagi. Przemierzałem planety przodków w nadziei odnalezienia odpowiedzi na moje pytania. Nie śpieszyłem się jako nieśmiertelny miałem całą wieczność, odwiedziłem wiele miejsc wypełnionych Ciemną Stroną. W Dolinie Mrocznych Lordów na Korriban odkryłem pewne bardzo dziwne miejsce o którym nigdy nie słyszałem w najdawniejszych podaniach przodków. Wyczuwałem iż za ogromnymi wrotami u podnóża jednej z gór w Dolinie Lordów znajduje się niespotykanie wielkie skupisko Mocy, postanowiłem dostać się tam za wszelką cenę. Jednak wrota były zabezpieczone dziwnym rodzajem zaklęcia, nawet moja Moc nie była w stanie naruszyć jego struktury. Jednak energia jaką zdołałem wyzwolić wstrząsnęła całą doliną, i przywołała do mnie dusze Mrocznych Lordów. Przeszywali mą postać niczym ostrza mieczy świetlnych. Nie wiedziałem jak się zachować w pewnym momencie spojrzałem w kierunku jednego, który wskazywał na półkę skalną nad wrotami. Kiedy skoczyłem aby zobaczyć co tam jest Lordowie rozpłynęli się w powietrzu, natomiast na półce odnalazłem pokrytą piachem kamienną tablicę z inskrypcją. Był na niej spis planet z czasów poprzedzających Imperium Sith, były to źródła Mocy z których czerpali najwięksi spośród przodków aby osiągnąć swoją potęgę. Jako iż w Galaktyce nie działo się do tej pory nic co przykuło by moją uwagę postanowiłem udać się w kolejną podróż w poszukiwaniu źródła nieograniczonej Mocy. Kiedy dotarłem na Ch'Hodos poczułem wyjątkowe wibracje Mocy Wiedziałem, że coś się święci, ale zdecydowanie ruszyłem w kierunku dawnej twierdzy ponieważ to tam według inskrypcji znajdował się fragment klucza do rozwiązania zagadki tajemniczych wrót na Korriban, przynajmniej tak mi się wydawało. Jednak to co tam zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania, na głównym placu przed pałacem dostrzegłem sporą grupkę kultystów różnych ras, którzy oddawali cześć jakiemuś postumentowi. Gdy przyjrzałem się dokładniej rozpoznałem postać z posągu.
- To Gligorax?! – krzyknąłem ze zdziwieniem.
Wtedy modły ucichły wszyscy spojrzeli w moją stronę i natychmiast dobyli mieczy, jedynie kapłan stał nie wzruszony i wlepiał ze mnie swoje żółte oczy, jakby chciał odczytać moje myśli. Wojownicy stali w pogotowiu czekając na jego sygnał, wszyscy oni mieli w oczach pragnienie krwi i mordu. Jako iż dawno z nikim nie walczyłem przydała by mi się odrobina rozrywki wiec tylko czekałem, aż ruszą w moją stronę. Tak też się stało po dłuższej chwili kapłan nieudolnie próbując odczytać moje myśli skinął głową, co oznaczało sygnał do ataku. Ruszyli na mnie całą zgrają, mimo, iż było ich tak wielu żaden z nich nie posiadał umiejętności w walce wystarczających aby zbliżyć się do mnie choćby na długość klingi. Walka trwała jakieś cztery minuty, nie po to żeby zabić, ale tak aby sprawiać jak największy ból. Po masakrze całą twierdzę wypełniał krzyk wijących się z bólu nieudaczników. Pośród walających się wszędzie kończyn i ciał umierających pewnym krokiem zmierzałem w kierunku kapłana który nadal stał niewzruszony. Jednak gdy spojrzał w moje oczy padł na kolana i zaczął całować mnie w stopy
- To Ty Panie! Nareszcie! – powiedział kapłan
- Kim jesteś?
- Jam jest Nar Gahn czciciel boskiego Gligoraxa
- Skąd mnie znasz?!
- Tyś jest Lord Dresden jeden z bogów, który stał u boku Gligoraxa podczas istnienia Imperium
- To prawda...Jednak wyjaśnij mi dlaczego modlicie się przed obliczem Imperatora
- Ponieważ powstał z martwych! Odrodzony postanowił po raz kolejny przywrócić ład w Galaktyce! Imperium się odrodzi! – wykrzykiwał kapłan
- Gdzie znajdę Gligoraxa?!
- To on znajdzie Ciebie...
Zostawiłem więc go i jego konających towarzyszy na pastwę planety Ch’Hodos i ruszyłem w kierunku dawnej siedziby Gligoraxa. Informacje które otrzymałem od tego szalonego kapłana były dla mnie napędem aby przypomnieć całej Galaktyce kim są Sith...
Powrót Dresdena
Jako, że planeta Ch’Hodos była bardzo daleko od dawnej bazy Nowego Galaktycznego Imperium postanowiłem skontaktować się z Gligoraxem telepatycznie. Było to bardzo trudne zważywszy, iż od bardzo dawna tego nie robiłem, a i sam Gligorax po przebudzeniu emanował nieco inną aurą Mocy. W końcu jednak udało mi się z nim skontaktować i przekazać informacje, iż nie zdołam się stawić na pierwsze spotkanie Nowego Imperium, jednak obiecałem Gligoraxowi, iż stawie się w bazie z pewną niespodzianką. Kiedy leciałem na Ch’Hodos musiałem międzyczasie uzupełnić paliwo na statku, w tym celu zatrzymałem się na bardzo uprzemysłowionej planecie Factorii. Pomyślałem, iż ta planeta może być bardzo przydatna dla Nowego Galaktycznego Imperium, więc w drodze powrotnej zatrzymałem się tam po raz kolejny, jednak w zgoła innym celu. Wypytałem mieszkańców Factorii kto sprawuje władzę na planecie, okazało się iż jest to Międzygalaktyczna Korporacja Handlowa która zajmuje się zaopatrywaniem 75% układów w znanej części Galaktyki. Pomyślałem, że skoro ich specjalizacja jest aż tak rozległa to zapewne produkowali lub nadal produkują maszyny oraz okręty wojenne. Przeczucie mnie nie myliło, dzięki sile perswazji udało mi się dotrzeć do głównego archiwum projektów na Factorii. Odnalazłem tam plany Superniszczyciela „Executora” oraz wielu innych maszyn szturmowych. Postanowiłem wykorzystać owe plany do konstrukcji pierwszego Executora w naszej Galaktyce. Pomimo, iż początkowo właściciele Korporacji byli przeciwni ugięli się pod siłą moich argumentów. W przeciągu tygodnia rozpoczęto budowę ogromnego okrętu wojennego, który wedle mojego zamysłu miał stać się okrętem flagowym Floty Nowego Galaktycznego Imperium, a jednocześnie symbolem jego potęgi i prezentem powitalnym dla Imperatora. Budowa nawet tak wielkiego okrętu nie nadwerężyła specjalnie budżetu MKH, jednak zgromadzenie wykwalifikowanej załogi okrętu oraz dobrze przeszkolonych żołnierzy do obsługi myśliwców i innych pomniejszych jednostek desantowych znajdujących się na pokładzie statku okazała się być dużym problemem. Jednak i z tym sobie dałem radę, podczas kiedy przemierzałem galaktyki niejednokrotnie napotykałem na swojej drodze wielu najemnych żołnierzy oraz załogi które za odpowiednią cenę służyły każdemu z oddaniem. Postanowiłem więc przekonać właścicieli MKH aby przekazali mi swój majątek, oczywiście nie chcieli zrobić tego z własnej woli, pomogła mi znacznie umiejętność kontroli umysłów. Z kontem pełnym kredytów udałem się na poszukiwanie załogi. Kadrę dowódców powołałem z pomiędzy kapitanów z bazy na Korriban i Ziost, ponieważ mam sentyment do Imperium przodków. Załoga licząca prawie pół miliona żołnierzy sporo kosztowała, jednak kredyty zdobyte z Międzygalaktycznej Korporacji Handlowej pokrywały ją w zupełności. Po wyposażeniu okrętu i uzupełnieniu zapasów ruszyłem w stronę Muag’ta, aby sprezentować Gligoraxowi symbol potęgi Imperium. Jeden Executor posiadał wystarczającą siłę militarną aby podbić sporą planetę, dlatego też wybrałem go na mój okręt flagowy. Podczas podróży nie mogłem oprzeć się chęci wypróbowania potencjału mojego superniszczyciela. Obrałem zatem kurs który nieco odbiegał od głównego szlaku, po to aby odnaleźć planetę rozwiniętą militarnie w sposób wystarczający aby stawić czoła memu superniszczycielowi. I tam spotkałem Kugolegbaha. Byłem pewien że nie żyje, jednak jego dusza nadal była bardzo potężna. Złożył mi on jednak propozycje nie do odrzucenia, obiecał nieograniczoną Moc w zamian za przywrócenie go do świata żywych. Postanowiłem wykorzystać tę okazję i powrócić do Imperium aby zrealizować mroczny plan.
Wielki Plan
Gligorax bardzo się uradował z mojego powrotu, co w sumie mnie nie zdziwiło. Ten głupiec ufał mi od zawsze i to doprowadzi do jego upadku. Jako że Sithowie Gligoraxa nie mieli Mocy, postanowiłem szybko zacząć realizować mój plan. Wykorzystałem dawną opowieść Sithów o Bramach Mocy aby wciągnąć Gligoraxa w pułapkę. Gligorax był bardzo spragniony dawnej Mocy wiedziałem, że bez wahania wyśle swoich ludzi na śmierć aby pozyskać Moc. Zaprowadziłem go do dawnej świątyni Go’ran. Była ona miejscem z którego niegdyś Kugolegbah czerpał swoja potęgę. Wszystko szło zgodnie z planem Gligorax przybył we wskazane miejsce, a wraz z nim ja i jego ludzie. Aby porozmawiać z duchami świątyni niezbędna była ofiara, wiedziałem o tym od Kugolegbaha. Każdy martwy Sith zbliżał mnie do uzyskania Mocy absolutnej. Postanowiłem udawać, iż to ja się poświecę ponieważ byłem pewien, że Faveks, jeden z moich dawnych uczniów o przeroście ambicji zrobi to za mnie. Nie myliłem się, ten idiota chciał zrobić na wszystkich wrażenie i oddał życie. Gligorax dowiedział się tego czego chciałem aby się dowiedział. Ja wyszedłem na bohatera i zostałem mianowany Wielkim Lordem, co otwierało przede mną jeszcze większe możliwości. Udawałem oddanego sługę, ustanawiałem reformy Imperium i zajmowałem się innymi sprawami w taki sposób aby odepchnąć od siebie wszelkie podejrzenia. Wszystko szło świetnie, jednak Kuobelagh mnie poganiał, domagał się abym przez rozstrzygnięciem pozbył się jak największej liczby Sithów. W międzyczasie zadbałem o to aby Travis stracił wpływy w Zakonie i został zdegradowany podczas procesu. Kuobelagh miał w galaktyce wielu ukrytych zwolenników więc jako jego wysłannik na tym świecie miałem ogromne zasoby ludzkie i finansowe. Upozorowałem kilka ataków na Akademie Sith, z wykorzystaniem kultystów i oddziałów szturmowych. Niestety żaden z Sithów nie zginął, zaczęto podejrzewać każdego poza mną co dawało mi chwilę czasu na dokończenie szczegółów przejęcia Mocy. Zgodnie z głównym planem misją samobójczą miał dowodzić Lord Seicel, jednak wypadło na mnie. Musiałem się dobrze maskować, wiec jako pierwszy rzucałem wyzwania dla duchów stworzonych z duszy Mistrza, jednak podczas walki trzymałem się z tyłu i w miarę dyskretnie osłabiałem szeregi Sith. Kiedy doszło do ostatecznego spotkania z Mistrzem wyzwałem go na ustawiony pojedynek, który rzecz jasna przegrałem. Kuobelagh był coraz bliżej powrotu do galaktyki potrzebował jedynie Travisa i Gligoraxa. Kiedy Sithowie zrozumieli, iż nie dadzą rady duchowi mojego nowego Pana wycofali się. Kuobelagh zdematerializował się i połączył z potężnym mieczem świetlnym, który miałem umieścić w Nowej Akademii Sith tak aby został odnaleziony przez Gligoraxa i go opętał. Wszystko szło doskonale, Gliorax ugiął się pod czarem miecza, a Kuobelagh ukazał się nam pod jego postacią. Do pełni Mocy brakowało jedynie duszy Travisa, postanowiłem więc się ujawnić i zdobyć jego duszę dla mojego Pana. Przeszkodził mi w tym jednak Skulldron, którego pokonałem. Miałem już go dobić kiedy telepatycznie Mistrz nakazał mi ich uwolnić. Ożywiłem Skulldrona i udawałem iż wyzwalam się z opętania, aby oni uciekli bez zbędnych pytań. Kiedy Mistrz wyruszył ich śladem a w Akademii pojawił się dziwny Sith. Był niezwykle potężny i posiadał nadzwyczajne umiejętności, po walce ze Skulldronem byłem osłabiony, a bez Mocy Mistrza niemal bezbronny. Stoczyłem z nim bardzo trudną walkę. Niestety pokonał mnie, jednak nie dokończył dzieła, po walce błyskawicznie pobiegł w stronę portu lotniczego. Ja natomiast korzystając z tej sytuacji zdołałem się zregenerować i odlecieć z akademii na Requiem. Kiedy leciałem poczułem jak Moc Mistrza osłabła, postanowiłem, że zdobędę Moc pozostałych Bram w tej Galaktyce i połączę się z Mistrzem tworząc istotę absolutnie niezwyciężoną. Dziś przegrałem...ale kiedy powrócę zatrzęsie się ziemia, a wy padniecie przede mną na kolana błagając o litość, ale litości nie będzie...
Nieoczekiwany koniec
Po tym jak zostałem upokorzony postanowiłem się zemścić. Kilkakrotnie atakowałem Akademie Gligoraxa aby odzyskać miecz Mistrza, jednak bezskutecznie. W końcu przez własną próżność wpadłem w pułapkę. Podczas gdy Ci głupcy walczyli z moim wojskiem ja przeszukiwałem akademię, jednak wyglądało na to iż Gligorax ma miecz przy sobie. Posiadając tak ogromną Moc był niemal nie do pokonania, natomiast ja go nie doceniłem. Kiedy zabawiałem się jego uczniami pojawił się, przepełniony Mocą z szaleństwem w oczach stąpał w moim kierunku. Sądziłem iż Moc jaką obdarzył mnie Mistrz powstrzyma Gligoraxa, jednak się myliłem. Nie miałem pojęcia, że jest aż tak potężny i po raz kolejny poniosłem porażkę. Dodatkowo okupiona była ona niewolą, ten parszywy Gro'ańczyk zastosował jakąś dziwną sztuczkę dzięki której odciął mnie od Mocy. Chciał pogrzebać mnie razem z akademią, jednak udało mi się przekonać go do współpracy. Ten głupiec nadal miał nadzieję że wrócę do Imperium. Kiedy jednak przejrzał moje zamiary znowu pozbawił mnie Mocy i oddał swoim uczniom jako zabawkę. Jednak Mistrz wysłał oddział ratunkowy któremu Ci głupcy z akademii nie mogli się oprzeć. Mimo iż poległo wielu żołnierzy, Sithowie byli zbyt zajęci mordowaniem niedobitków, a nie pilnowaniem celi. Dowódca szybko wykorzystał moment konsternacji, aby wyciągnąć mnie z celi i zabrać na statek. Tam otrzymałem dalsze rozkazy, Mistrz kazał mi udać się to innego układu gwiezdnego, aby bez przeszkód zbudować armię która zniszczy Gligoraxa i jego ludzi. Nie okazywał tego, ale wiedziałem, iż jest nie zadowolony z moich dotychczasowych działań, postanowiłem zlecić wykonanie rozkazu moim generałom podczas gdy ja udałem się w podróż po wskazanym przez Mistrza sektorze galaktyki w poszukiwaniu sojuszników. Od kilku lat w tej okolicy krążyły pogłoski o potężnym wojowniku, który sieje postrach w całej galaktyce. Jednak od dłuższego czasu panowała cisza, nic się nie działo, a plan Mistrza przebiegał zgodnie z planem. Nagle doszły mnie wieści, iż jedna z okolicznych planet została zaatakowana, na początku myślałem, że to Gligorax mnie znalazł, jednak kiedy udałem się na Fa’pogha natychmiast zmieniłem zdanie. Tak bezlitosnej, krwawej i barbarzyńskiej rzeźni dawno nie widziałem. Mimo iż Gligorax jest bezwzględnym mordercą nigdy nie dopuścił by się czegoś takiego. Wszystkie osady na tej planecie były zrównane z ziemią, a mieszkańcy wymordowani co do jednego. Ich kości bielały w słońcu, a poćwiartowane ciała gniły pożerane przez robactwo. Jednak nie znalazłem śladów żadnej armii, nie dopuszczałem do siebie myśli, iż ktokolwiek w pojedynkę może dokonać czegoś takiego. Wtedy dostałem raport, iż jedna z naszych fabryk została zaatakowana. Wysłałem tam pięć najbardziej doświadczonych legionów do ochrony tej bazy, ponieważ była ona jedną z głównych faktorii, kiedy jednak sam dotarłem na miejsce po raz pierwszy poczułem coś w rodzaju lęku. Tam gdzie niegdyś było zagłębie produkcyjne zastałem płonące zgliszcza, a wszędzie jak okiem sięgnąć zwłoki żołnierzy. Nawet ja nie byłbym w stanie dokonać czegoś takiego sam. Nagle poczułem ogromną eksplozje Mocy, uwolniła się znikąd i równie nagle znikła. Postanowiłem to zbadać, udałem się więc w miejsce z którego prawdopodobnie wyczuwałem ową aurę. Zobaczyłem tam dwóch Sithów, prawdopodobnie ucznia i mistrza. Jednak tylko jeden emanował Mocą, jednak zupełnie inną niż ta którą czułem wcześniej. Wszystko wskazywało na to, iż to nie oni są odpowiedzialni za te zniszczenia, jednak obserwowałem ich chwilę. Metody szkoleniowe tamtego Sitha były bardzo ciekawe, niemiłosiernie katował i poniżał swojego ucznia. Widać było, iż chce go wyraźnie sprowokować do większego zaangażowania. Po pewnym czasie jednak zrobiło się to strasznie nudne, jednak kiedy odchodziłem stało się coś niezwykłego. Znowu poczułem Moc, była tak wielka, że cała planeta się zatrzęsła i dochodziła właśnie z kanionu w którym trenowali Sithowie. Kiedy podbiegłem do skraju kanionu dostrzegłem tegoż bezbronnego ucznia którego Moc przeszła moje najśmielsze wyobrażenia. Moc której nawet ja się obawiałem była w tym niepozornym młodym Sithcie, nie wierzyłem w to co widzę. Uczeń z pełnym impetem napierał na swojego mistrza mocą i mieczem, ten jednak mimo iż odpierał ataki jedynie o milimetry nie wydawał się być zdziwiony, a wręcz wydawało się, że się uśmiechał. Kiedy jednak miecz młodego ucznia o włos minął głowę mistrza, spostrzegłem jego twarz. Myślałem że nic mnie już nie zdziwi a tu proszę, kolejny żyjący Gro'an. Mało tego posiadający niezwykłego ucznia, nagle kiedy Gro’an przycisnął jakiś guzik na swojej ręce, bransolety na rękach młodego Sitha zaświeciły na czerwono a on padł na kolana. Wtedy cała jego Moc po prostu się rozproszyła. Nie mogłem w to uwierzyć ale bardzo zależało mi na takiej Mocy. Kiedy wróciłem na swojego Executora przekazałem całe dowództwo jednemu z moich zaufanych generałów, postanowiłem zaryzykować wszystko i udać się po tę Moc którą dysponował owy Gro’an. Wiedziałem, że mogę nie powrócić, ale zawiodłem Mistrza tyle razy, że musiałem odbudować swoją pozycję w jego oczach....









