Aeon Zih'Del (ŚM) - PRZYJĘTY
: 29 cze 2009, o 15:20

- Część Ogólna1.
mię: Kamil2.
iek: 143.
oś o sobie: Skończyłem pierwszą klase gimnazjum, jestem niczym nie wyróżniającym sie nastolatkiem. Lubię czytać fantastyke i grać w piłkę ręczną.4.
wentualny kontakt z tobą:Xfire - 0morten0
GG - 7789096 (rzadko bywam online)
kamilwarek@wp.pl
5.
rędkość internetu:Zazwyczaj ok. 700mbit/sec
- RPG i JK31.
woje doświadczenie w Role Play.Grałem w San Andreas na serwerach role play. Często byłem liderem poważnych frakcji jak np. policja, Yakuza.
2.
taż w grze Jedi Knight 3: Jedi Academy.Pare lat temu ok. rok na single.
3.
laczego do Świadomych Mocy?Bo nie dziele mocy na dobrą i złą.
- Przedstawienie Twojej wirtualnej postaci1. Imię postaci. Aeon Zih'Del
2. Wiek postaci. 24
3. Rasa postaci. Bothanin
4. Rodzima planeta postaci. Bothawui
5. Wygląd postaci (opis zewnętrzny). Jak wszyscy Bothanie jest niski, ok. półtora metra wzrostu, porośniety futrem. Jedyny element wyróżniający go spośród innych Bothan jest brak palca - stracił go podczas jednej z nieudanych misji dla siatki szpiegowskiej.
6. Historia postaci (Minimum: 300 słów)
"Piszę te ostatnie słowa, wierząc że może ktoś kiedyś przeczyta to i pochowa mnie razem z tym pamiętnikiem... sam nie mam już siły nic zrobić...
Urodziłem się dwadzieścia cztery lata temu na Bothawui. Wychowywał mnie ojciec, matka umarła podczas porodu. Był szpiegiem, według wielu najlepszym z najlepszych. To dzięki niemu dostałem tę robotę.
Gdy miałem dwadzieścia jeden lat skończyłem szkolenie i dostałem swoją pierwszą misję. Miała to być prosta, czysto rutynowa robota - odebrać dysk od informatora i dostarczyć go do bazy głównej. Poleciałem tam z ojcem, był zemnie dumny. Na miejscu czekał na nas człowiek. Jego włosy były pokryte siwizną. Zbliżyliśmy się do niego gdy nagle wyciągnął on blaster i ku naszemu zdziwieniu wystrzelił. Uchyliłem się, ale niestety drugi strzał trafił ojca prosto w pierś. Schowałem się jak najszybciej za ścianą, wyjąłem blaster i odpowiedziałem ogniem. Człowiek był marnym strzelcem, więc po krótszej strzelaninie padł na ziemię nieżywy. Podbiegłem do ojca, upadłem na kolana i zacząłem gorzko szlochać. Po jakimś kwadransie uświadomiłem sobie dlaczego znalazłem się tutaj, i zapewne, przez co zginął mój ojciec. Zabrałem dysk z informacjami, który znalazłem przy ciele człowieka i obrałem kurs na Bothawui.
Gdy wylądowałem skierowałem się jak najszybciej do bazy. Po wejściu do kwatery dowódcy, ten już szedł mi na przeciw. Gdy tylko podszedł kazał oddać mi blaster i wszelkie uprawnienia szpiega. Sądził że to ja zabiłem swojego ojca i informatora, miałem dużo szczęścia, że nie zostałem aresztowany. Rzuciłem mu pod nogi swoje wyposażenie i dysk z informacjami, po czym odwróciłem się na pięcie i wyszedłem.
Postanowiłem odkryć dlaczego zabójca mojego ojca tak pożądał tego dysku z informacjami... nawet nie wiem czego dotyczyły te informacje. Ale od czegoś trzeba zacząć, poleciałem na Nar Shaddaa, gdzie według mnie miałem największe szanse znaleźć jakieś przydatne informację.
Poszukiwania zacząłem od największej kantyny w mieście, która tłumaczona na mój język nazwa brzmi mniej, więcej "Długi Język". Tamtejszy barman wskazał mi Hutta, Lubbila. Ten odesłał mnie do Handlarza Cieni i powiedział, że jeżeli on nic nie będzie wiedział, to nikt nie posiada takich informacji, udałem się więc do sławetnego Handlarza.
Ten za informacje żądał sporo pieniędzy, których nie miałem, lub rok pracy w jego siatce szpiegowskiej. Co więc miałem zrobić? Zgodziłem się... jak się później okazało była to pierwsza ze złych decyzji jakie podjąłem w moim życiu.
Rok minął zadziwiająco szybko, zlecenia były łatwe, a to zastraszyć jakiegoś zbira, albo wymusić haracz. Nigdy nie myślałem że tak nisko upadnę, z zawodowego szpiega do zwykłego bandyty. Gdy wykonałem ostatnią robotę, Handlarz złożył mi propozycję: stała posada jako jego prawa ręka. Odmówiłem - to była druga zła decyzja.
Zaszantażował mnie - albo pracuje dla niego, albo nie pracuje nigdzie. Stało się, tak przez następny rok uciekałem przed jego ludźmi, aż dopadli mnie na Lotrein.
Najpierw usłyszałem szum skuterów. Wyjrzałem z jaskini i zobaczyłem pięć pojazdów nadciągających z północy. Wyciągnąłem blaster i już z daleko próbowałem pozabijać kilku z napastników, wiedziałem że mam nikłe szanse na trafienie, ale już za piątym strzałem jeden padł na ziemię. Gdy byli już wystarczająco blisko zatrzymali się i ukryli za skałami. Handlarz postawił na ilość, nie na jakość widać było że zabójcy nawet nie umieli dobrze wycelować z broni. Zanim strzelanina zaczęła się na dobre dwóch, z pozostałych czterech ludzi leżało martwych. Nabrałem pewności siebie i wyjrzałem zza skały. Wtedy poczułem rwący ból w przedramieniu. Oberwałem. Przerzuciłem broń do lewej ręki i wymierzyłem. Pudło. Przypomniałem sobie o granatach które zwinąłem poprzedniej grupie zabójców która próbowała mnie załatwić. Rzuciłem i trafiłem jednego z ludzi Handlarza, następny padł martwy. Niestety zbłąkany pocisk trafił mnie w udo. Na szczęście ostatni z ludzi Handlarza nie spostrzegł tego. Wyszedłem, a raczej wyczołgałem się zza kamienia. Wiedziałem że napastnik ma mnie jak na dłoni, wiedziałem też, że jeżeli mnie nie zabije teraz to umrę od ran. Było mi to obojętne. Ważne było, że mogłem go zabić. Wycelowaliśmy i pociągnęliśmy za spust w tym samym momencie. Dostał w głowę, widziałem jak pocisk leci prosto we mnie... wiedziałem już, że nie zdążę się uchylić, mogłem patrzeć tylko jak pocisk leci prosto we mnie... całym sobą chciałem zmienić przeznaczenie... w ostatniej chwili zobaczyłem tylko jak laser zmienił tor lotu... i zemdlałem.
Obudziłem się, sądząc z ruchu słońca, jakieś sześć godzin później. Tak oto znalazłem się w tej sytuacji. Bez wody, jedzenia i w dodatku ranny porzuciłem wszelką nadzieję.
Aeon Zih'Del"
Zamknąłem pamiętnik i położyłem obok, gdy zamykałem oczy ujrzałem jeszcze postać. To pewnie halucynacje, wmawiałem sobie... i odpłynąłem.
Obudziłem się w kapsule leczniczej. Czułem się całkiem dobrze, jak na człowieka który oberwał dwa razy.
- Długo spałeś - nieznajomy miał twardy, suchy głos. - Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej. Byłeś w opłakanym stanie. Nazywam się Salik.
Salik poklikał coś na panelu przymocowanym do kapsuły i ta otworzyła się. Wyszedłem z niej, byłem nagi. Nieznajomy odwrócił się, a ja spostrzegłem kupkę ubrań leżącą obok. Pospiesznie się ubrałem.
- Jak... jak długo byłem nieprzytomny? - wyjąkałem.
Nieznajomy spojrzał na monitor i odpowiedział.
- Cztery dni, pięć godzin i czterdzieści osiem minut. - powiedział bez emocji.
- Kim jesteś? - zapytałem.
- Nikim ważnym. - rzekł.
- Uratowałeś mnie. Jak mogę się odwdzięczyć? - powiedziałem.
- Po prostu ubierz się, zjedz coś i zmykaj. Nie lubię towarzystwa. Jedzenie masz w pomieszczeniu obok. - rzekł pośpiesznie.
- Poczekaj! Gdzie mogę się udać? Jest jakaś cywilizacja w pobliżu? - zapytałem gwałtownie.
- Idź na wschód, tam znajdziesz starą akademię, może jest zamieszkana. - odpowiedział po cichu.
Starzec wyszedł z pokoju i udał się do pomieszczenia na lewo, gdy zamknął drzwi usłyszałem jeszcze szczęk zamka. Żołądek dawał mi znać o sobie. Pospiesznie zjadłem posiłek zabrałem swoje rzeczy które leżały obok i odszedłem w stronę akademii, być może ku lepszej przyszłości, lepszemu życiu.
Gdy szedłem spotkałem zakapturzoną postać. Starałem się ją ominąć jednak zastawiła mi drogę. W mgnieniu oka wyciągnąła sztylet i powoli do mnie podeszła.
- Kim jesteś? - zapytałem przełykając ślinę.
- Nieważne, dawaj wszystko co masz... - powiedział kręcąc sztyletem.
- Mam tylko ubranie! - powiedziałem z lekką nutą żalu.
- Zdejmuj je. - odpowiedział z uśmiechem.
- Chyba żartujesz! - krzyknąłem z niedowierzaniem.
Napastnik zamknął oczy, zacisnął pięść i szedł w moją stronę. Zacisnąłem zęby i zacząłem biec przed siebie. Po dłuższym biegu udało mi się go zgubić. Zobaczyłem małe obozowisko. Podbiegłem czym prędzej i zobaczyłem koczownika.
- Witaj Kel'Dorze... - wyszeptałem.
- Hmm...? Czego tu szukasz? - mruknął.
- Gonił mnie jakiś zbój... - odpowiedziałem łapiąc oddech.
- Usiądź proszę, napij się czegoś - powiedział.
- Dziękuję, kim jesteś? - powiedziałem sięgając po miskę ze strawą.
- Jestem Torin Morituri - rzekł krótko.
- Co tu robisz? - zapytałem pałaszując jedzenie.
- Ahh... Długa historia, powiedzmy, że sprawy osobiste - powiedział patrząc w niebo.
Kiwnąłem głową nie chcąc być nachalnym.
- Jeśli chcesz, możesz tu przenocować - rzekł kładąc się.
- Dobrze - odparłem napełniając kielich wodą.
Skąd on ma takie zapasy, pomyślałem po czym położyłem się spać. Gdy rano się obudziłem zobaczyłem jak koło mnie stała trójka mężczyzn w tym mój wybawca.
- Dam Ci za niego 500 kredytów... - szepnął przybysz.
- Tylko tyle?! - wrzasnął Kel'Dor nie widząc, że wstałem.
- Coś ci się nie podoba? - zapytał z ironią drugi, silniejszy.
- Dobra... Bierzcie go i się wynoście - odparł jakby przerażony.
Jeden z przybyłych podszedł do mnie i założył mi torbę na głowę po czym skrępował ręcę. Mimo, że miałem zakrytą twarz, wyczułem, że wiążą mnie do skutera. Nie myliłem się, usłyszałem warkot zapalanego silnika i po chwili ruszyliśmy.
Po paru godzinach stanęliśmy, a ja usłyszałem zgrzyt broni. Jakiś człowiek zdjął mi trobę z głowy i podniósł. Wyciągnął nóż i przerwał więzi. Okazało się, że banici napadli na moich "właścicieli". Rozglądnąłem się i wpadł mi do głowy plan.
-Co się dzieje? - zapytałem banity.
-Nic co mogło by Cię interesować... - odwarknął srogo bandyta.
Na chwilę stracił czujność, a ja... Kopnąłem go i zacząłem uciekać przed siebie. Zobaczyłem wielki budynek i duży most. Popatrzyłem do tyłu, wziąłem oddech i ruszyłem przed siebie. Banita prawie mnie złapał gdy nagle poczułem, że biegnę coraz szybciej, aż w końcu dobiegłem do mostu. Przeszedłem powoli na drugą stronę...
@edit poprawki w tekście
@edit2 poprawki w tekście odnośnie wytyczonych błędów

