Aralus Parat (ŚM) - PRZYJĘTY
: 16 cze 2009, o 21:40

- Część Ogólna1.
mię:Mateusz2.
iek:143.
oś o sobie:Lubię piłkę nożną, pisać różnego rodzaju dzieła literackie (od fraszek po opowiadania), jestem aktywny i często jestem online4.
wentualny kontakt z tobą:X-fire=rezo95 GG=2460273 E-Mail=rezo95@o2.pl5.
rędkość internetu:749
- RPG i JK31.
woje doświadczenie w Role Play.W JK3 rok, ale dwa lata w GTA SA:MP na serwerach Role Play Real Life.
2.
taż w grze Jedi Knight 3: Jedi Academy.Rok.
3.
laczego do Świadomych Mocy?Ponieważ nie toleruje podziału na dobro i zło. Dla mnie każdy jest dobry na swój sposób.
4.
lany, organizacje działające w JK3 w jakich byłeś. (Jeżeli nie ma - pomiń.)|GK|, HoDS
- Przedstawienie Twojej wirtualnej postaci1. Imię postaci.
Aralus
2. Wiek postaci.
24
3. Rasa postaci.
Człowiek
4. Rodzima planeta postaci.
Lear
5. Wygląd postaci (opis zewnętrzny).
Średniego wzrostu, brunet, ma blizne w pobliżu oka.
6. Historia postaci (Minimum: 300 słów)
Urodziłem się dokładnie 24 lata temu na planecie Learze. Było tam bardzo wiele znanych osobistości. Mój ojciec był żołnierzem. Zginął gdy miałem 12 lat. Moja matka musiała zarabiać świadcząc usługi seksualne. Została zamordowana gdy miałem 16 lat. Nie miałem co ze sobą zrobić. Straciłem dom gdyż nie miałem za co płacić. Postanowiłem znaleść pracę by zająć czymś wolny czas, by czuć, że jestem potrzebny... Wstąpiłem do Gwardii Planety Leara, tam gdzie służył mój ojciec. Po dwóch latach szkolenia w wytrzymałości, strzelaniu z broni, oraz lataniu, zostałem przydzielony do brygady Generała Kerna. Wydawało się, że będzie to prosta, łatwa służba... I była, ale tylko na początku. Po niedługim czasie zostaliśmy wezwani do wojny... Wojny z Posami. Był to nieokrzesany, dziki naród zamieszkujący Leare. Jeden z minusów planety... Posługiwali się bronią białą, więc misja wydawała się łatwa...
Generał Kern zebrał brygadę 500 osobową, podzielił ją na dwa pułki - piechotę i pilotów. Piechurami dowodził osobiście, natomiast atak powietrzny oddał pod opiekę Majorowi Polstersowi i wyruszyliśmy...
Po dwóch godzinach drogi dotarliśmy na górę u której podnóży rozciągała się wioska Posów. Równo sto statków poleciało na wioskę... Okazała się ona pusta. Gdy jeden z myśliwców podleciał pod pewną jaskinie na tyłach, został obrzucony kamieniami.
-Do ataku! - krzyknął Generał po czym ruszyliśmy oddziałem liczącym 400 ludzi.
Część piechurów wbiegła do środka, ja zostałem z resztą na tyłach. Piechurzy długo nie wracali, więc Generał nakazał, abyśmy i my weszli do środka. To co zobaczyliśmy było straszne... Można by rzec, że ujrzeliśmy rzekę ciał. Ruszyliśmy tropem krwi... Nasi kompani nie żyli, a Posowie tylko czekali na nas. Rzuciliśmy się na boki, byle by się gdzieś schować. Straty były nie liczne, ruszyliśmy dalej. Po długiej walce, wygraliśmy. Straty jak na wojne - nieliczne, ale jak na takich przeciwników - ogromne. Gdy wychodziliśmy, poczułem czyjąś obecność za sobą. Odwróciłem się i poczułem ogromny ból... Odruchowo wyciągłem ręce przed siebie i jakimś cudem, ostatni z żyjących Posów, odleciał pare metrów dalej. Wydałem z siebie okropny krzyk. Reszta żołnierzy mnie usłyszała i przybiegła. Pos przy upadku, skręcił kark, a ja... Ja miałem dzide wbitą przy oku. Gdybym się nie obronił, mógłbym umrzeć.
Po tym co zaszło, chciałem opuścić szeregii Gwardii. Usłyszałem jednak, że nie można od tak rzucić służby.
-Rozumiem - rzekłem z udawaną pokorą.
Poszedłem spać. Rano wkradłem się do hangaru i ukradłem myśliwiec. Wsiadłem, zapiąłem pasy i pociągnąłem dźwignię. Miałem przy sobie jedynie służbowy blaster. Poleciałem na sąsiednią planetę, do dziś nie wiem jak się nazywała. Wylądowałem w pobliżu jakiegoś miasta.
-Witaj, przybyszu - odpowiedział strażnik bramy.
-Witaj, co to za miasto? - spytałem patrząc na mury.
-To miasto to Kirtograd, dość uboga mieścina. Jeśli chcesz, możesz wejść - odparł znużony.
Bez słowa przeszedłem przez bramę i zobaczyłem pewnego faceta w płaszczu. Jako, że było mi zimno, postanowiłem ukraść ten płaszcz. Przyłożyłem mu blaster do pleców i powiedziałem by zdejmował płaszcz. Gdy to robił, wyciągnął sztylet i próbował mi go wbić w pierś. Trafił mnie lekko w rękę. Poczułem gniew, który poprostu zemnie wyciekał. Strzeliłem w bezbronnego staruszka, a później zacząłem deptać jego ciało. Podniosłem płaszcz i go ubrałem. Następnie rozglądnąłem się i podążyłem przed siebie.
-Przepraszam, nie wiesz gdzie tu jest knajpa? - zapytałem przechodnia.
-Tam, na wprost - pokazał palcem.
Kiwnąłem głową i podążyłem we wskazane miejsce. Otworzyłem skrzypiące drzwi, w powietrzu unosił się dym nikotynowy. Podszedłem do barmana.
-Psst... Nie wiesz czy ktoś nie ma tutaj zajęcia dla człowieka o wielu talentach? - spytałem szeptem.
Barman nie odpowiedział, tylko wskazał palcem na pewnego mężczyzne.
-Hej, ty... Słyszałem, że masz dla mnie jakąs robotę... - spytałem odważnie.
Mężczyzna wskazał na tylne wyjście. Gdy wyszliśmy, rzucił się na mnie pewien rosły Kel'Dor. Po długiej walce, pokonałem go. Mężczyzna z baru zaczął klaskać.
-A teraz go dobij... - rzekł z uśmiechem.
Wyciągnąłem blaster i wymierzyłem w leżącego przeciwnika bez wzruszenia i oddałem strzał.
-A teraz chodźmy do mojego domu, opowiem Ci o zleceniu... - rzekł ziewając.
Po paru minutach doszliśmy, otworzył drzwi i weszliśmy do ciemnego pomieszczenia.
-Słuchaj, nie jesteś typem mięczaka, a więc myślę, że mogę Ci zaufać. Ja rządzę w tym mieście, wszyscy strażnicy są na moje usługi, z wyjątkiem jednego... Strażnik Torn, pilnujący bramy, gra mi na nerwach. Zabij go, a dostaniesz 250 kredytów - rzekł.
-250 kredytów? Mówisz poważnie? - spytałem.
-Jak najbardziej - rzekł z uśmiechem.
Opuściłem mieszkanie i wyruszyłem na statek. Gdy zapadła noc, wyszedłem z myśliwca i podszedłem pod bramę.
-Przepraszam, mógłbyś mi pomóc? Mam jakiś problem ze statkiem... - rzekłem.
-Oczywiście, przybyszu - odparł.
Gdy podszedł do statku, zdjąłem szatę i wywróciłem Torna na ziemię. Przyłożyłem mu szatę do twarzy by uniemożliwić oddychanie. Chciał się bronić, jednak przycisnąłem go kolanem.
-Wybacz... - szepnełem gdy juz się nie ruszał.
-Otwierać! - krzyczałem podczas pukania do drzwi mojego zleceniodawcy.
Nagle poczułem przeraźliwy ból i upadłem. Odwróciłem się na plecy i zobaczyłem strażników z paralizatorami oraz mojego "szefa". Zorientowałem się, że zostałem zdradzony... Jednak strażnik poraził mnie poraz drugi... Straciłem przytomność.
Obudziłem się późnym ranem, przetrałem oczy i przypomniałem co się wczoraj działo. Byłem zdenerwowany... Zobaczyłem, że strażnik śpi, a klucze leżą na stole. Wyciągnąłem ręce, ale nie dosięgnełem gdy nagle... Klucze jakimś cudem same do mnie poleciały. Upadły na ziemię, jednak nie obudziły strażnika. Otworzyłem po cichu kraty i podszedłem do strażnika. Wziąłem z krzesła swój płaszcz, blaster i odszedłem nie robiąc mu krzywdy. Podążyłem do domu zdrajcy, nie było go tam. Myśląc, że jest w knajpie poszedłem tam. Miałem racje. Wyciągnąłem pistolet i zacząłem strzelać. Oddałem 6 strzałów w jego plecy po czym podbiegłem i zabrałem mu 500 kredytów. Wyruszyłem biegiem do swojego myśliwca i odleciałem. Gdy wylatywałem z planety, w statku coś się zepsuło i musiałem awaryjnie lądować na pustyni. Zabrałem z myśliwca plecak pilota Gwardii i wyciągnąłem z niego bukłak z wodą. Wyruszyłem przed siebie.
Po dwóch dniach drogi, woda mi się skończyła, a nogi odpadały. Zobaczyłem jakiś obóz. Odruchowo wbiegłem do niego w nadziei, że mają ciepły posiłek i łyk wody.
-Jest tu ktoś?! - krzyczałem na cały głos.
Nagle poczułem silne uderzenie w plecy i upadłem. Wstałem szybko i zobaczyłem jakiegoś człowieka.
-Kim jesteś? - wrzasnąłem.
-To raczej ty powinieneś się przedstawić - odpowiedział.
-Jestem Aralus Parat - odparłem mierząc go wzrokiem.
-Nazywają mnie Anacor, jestem wojownikiem pustyni. To jest nasza wioska. Pod okiem mistrza Corteplasa uczymy się walczyć najczystszą z form walki, formą 0 = odrzekł z dumą w głosie.
-Taa... Fajnie... Macie tutaj wodę, jedzenie i jakiś myśliwiec? - spytałem trzymając się za brzuch.
-Jedzenia i wody Ci u nas pod dostatkiem, a co do myśliwca to tak, jeden żołnierz nie dawno tu wylądował - odpowiedział.
-Zapłacę wam... 500 kredytów za to wszystko! - krzykłem.
-Myśliwiec nie jest nasz, a naszego gościa - odpowiedział.
-Eh... No dobra, a więc masz tu kredyty - westchnąłem.
Anacor wziął kredyty poczym je zniszczył.
-Co ty robisz?! - wrzasnąłem.
-To narzędzie zła, potężniejsze niż każda inna broń - odpowiedział poczym odszedł.
Wyruszyłem w głąb wioski, najadłem się i napiłem. Wojownicy pustyni przyjęli mnie dobrze. Po uczcie podążyłem zobaczyć myśliwiec. Rozejrzałem się i wsiadłem do niego. Zobaczyłem jak biegną do mnie wojownicy.
-Cel uświęca środki, wybaczcie! - krzyknąłem po czym odleciałem.
Leciałem przed siebie, gdy nagle straciłem panowanie nad statkiem musiałem ponownie awaryjnie lądować. Wylądowałem w piaskowym miejscu. Były dwa lądy, oddzielone mostem, a za nim wielki budynek. Przeszedłem przez most i zobaczyłem grupę osób...

