Jareth Isogar (ŚM) - PRZYJĘTY
: 9 cze 2009, o 17:19

- Część Ogólna1.
mię:Dawid2.
iek:143.
oś o sobie:Cóż, wiecie o mnie dużo. Potrafię się odpowiednio zachować, utrzymać klimat w RP, co do prywatnych ''informacji'' o mojej osobie... Wystarczy powiedzieć o mnie tyle, że jestem ''koleżeński'' (...), spokojny. Nie zachowuje się jak przeciętny polski nastolatek, który w co drugim słowie stosuje ''kur*a'', bądź nie potrafi nad sobą zapanować.4.
wentualny kontakt z tobą:Gadu-Gadu: 4237871
X'fire: v3ryus
E-mail: veryus@o2.pl
5.
rędkość internetu: 192 kb/s (Tia, podobno mam 1,2 mb/s...)
- RPG i JK31.
woje doświadczenie w Role Play.-3 Lata RP w grze Neverwinter Nights, oczywiście na takowych serwerach
-3 Lata RP w grze JK3.
-Parę pbf'ów, forów RPG etc.
2.
taż w grze Jedi Knight 3: Jedi Academy.W sumie 3 lata.
3.
laczego do Świadomych Mocy?Po prostu to frakcja, w której czuje się najlepiej. Poza tym, zamierzam u was zostać.
4.
lany, organizacje działające w JK3 w jakich byłeś.|GK|, [HoDS] (ave!), GoSW.
- Przedstawienie Twojej wirtualnej postaci1. Imię postaci. - Jareth Isogar
2. Wiek postaci. - 27 lat
3. Rasa postaci. - Kel Dor
4. Rodzima planeta postaci. - Canvutar
5. Wygląd postaci. - Dość wysoki Kel Dor o dobrze zbudowanym ciele. Kolor jego skóry odznacza się gamą kolorów podchodzących do określenia ją brzoskwiniową. Oczy jego są koloru białego, co w wierzeniach jego rasy jest uznawane za wrażliwość na Moc, jednak nie widać ich przez maskę na twarzy.
( http://jediknight3.filefront.com/file/Olts_Keldor;34287 )
6. Historia postaci (Może i jest krótka, jednak mam zamiar ją rozwinąć już w karcie postaci, o ile zostanę znów przyjęty
Planeta Canvutar, jej atmosfera była przepełniona tlenem, co jest zabójcze dla osobników rasy Kel Dorów. Mimo tego jednak, żył na niej potężny ród - Isogar. Założyli oni na ziemiach Canvutar wielką halę harmonii zwaną "Phyndoxin". Zrzeszała ona najmłodszych osobników różnych ras, którzy byli wrażliwi na moc w celu przeszkolenia ich w walce jak i stosowaniu mocy oraz ideologii Phindoxin'ańskiej, której głównym celem było wprowadzenie harmonii mocy we wszechświecie, jednak niekoniecznie słusznymi środkami. Byli stanowczy, mieli podchodzące pod rygor zasady po to, by zachować odpowiednią dyscyplinę, jednak mimo tego nie zawsze udawało się rozwinąć najbardziej obiecujących adeptów. Wszyscy uczniowie, szczególnie Kel Dorzy, których wadą jest słaba siła fizyczna, trenowali do upadłego. Jednym z nich był Jareth Isogar, jeden z najbardziej silnych mocą adeptów...
Trenowałem dzień jak co dzień wraz z moją grupą, doskonaląc siłę fizyczną oraz psychikę tak samo jak i walkę bronią białą, celność w przypadku walki na broń dystansową oraz rozmaite sztuki walki. Spędziłem chyba jako jedyny najwięcej lat jako adept, ponad 21. Byłem bardzo sfrustrowany tym faktem, jednak rygor nie pozwalał mi tego ukazać. Nabierałem powoli chęci na uczieckę z tego przeklętego miejsca. Moje myślenie przerwał jednak mój ojciec, Valaesh, lord rodu Isogar. Nie wyglądał jednak na zdenerwowanego z powodu kolejnej lekcji mojej osoby.
-Jareth, do mnie, natychmiast. Mam do ciebie ważną sprawę, nie zamierzam tego przekładać. Od tego zależą losy twojej daleszej kariery w tym miejscu. - Rzekł podniosłym, stanowczym głosem.
Bez słowa ruszyłem w jego stronę. Zaprowadził mnie do swojego pokoju. Zdziwiło mnie to nieco, gdyż ostatnio mnie tu wpuścił, gdy byłem małolatem. Nie zmienił się wiele, nadal był przepełniony przepychem, poza tym na ścianach wisiały rękojeści. Ciężko trenowałem, by takową zobyć, jednak na razie mam byle kij pod pretekstem, że powinienem się z tego cieszyć.
-Słuchaj mnie teraz bardzo uważnie. Dotąd byłem zawiedziony tym, że przez tyle lat nie pokazałeś, co naprawdę potrafisz...
-Ojcze, robię, co mogę. Chcę Ci pokazać, co potrafię, ale ty mi nie dajesz! - Przerwałem mu w połowie słowa, nie był to chyba dobry pomysł...
-Milcz, kiedy do ciebie mówię... Adepcie. - Rzekł pogardliwie. Zacisnąłem zęby, spoglądając w dół. Czułem jak się ze mnie śmieje w duchu, jednak po chwili kontynuował. - Mam dla ciebie misję. Może w końcu pokażesz, co potrafisz. Weźmiesz wyposażenie, które jest już w twoim pokoju. - Zastopował na chwilę mowę, jakby chcąc powiedzieć jakieś słowo mimo jego protestu. - Wierzę w twoje umiejętności, dlatego tylko Ty to wykonasz. Jesteś już odpowiednio wytrenowany, fizycznie jak i psychicznie. Natomiast nasza ideologia nie jest Ci już obca. Wyruszysz statkiem i wykonasz to, co jest zapisane w tych danych. - Rzucił mi do rąk cyfronotes. - Leć już, za nim osobiście wykopię cię z akademii!
Wyszedłem bez słowa z jego pokoju i ruszyłem do swojego własnego. Nie był to luksus, jaki miał mój ojciec. Jednak nie mogę być faworyzowany wśród innych obiecujących uczniów... Otworzyłem małą skrzynię koło mojego materaca, widok mnie oniemiał... Porządny strój, chroniony dodatkowo jakimś rodzajem stalii. Nie znam się na tym, w końcu nie zajmuje się takimi rzeczami... Pośród tego były również dwa blastery. Z uśmiechem założyłem wszystko na siebie a broń podpiąłem do pasa. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę hangaru, przy okazji przechodząc przez kantynę. Skoro miałem ruszyć na tak ''ważną'' misję, musiałem się zaopatrzyć. Po wzięciu już na pewno wszystkiego, wsiadłem do małego, wyglądającego bardziej jak latający śmietnik statku i ruszyłem... Dopiero po paru godzinach drogi w niewiadomą przypomniało mi się o cyfronotesie - dotąd z płonącą ciekawością sprawdzałem swoje umiejętności pilotażu. Wyjąłem go i gdy już chciałem odczytać informacje, nagle włączył się alarm pokładowy. Spojrzałem na radar i zauważyłem, że prowadzą w moją stronę 3 uzbrojone statki, po ich wyglądzie wywnioskowałem, że należą do przemytników. Nigdy nie lubiłem tych cholernych złodziei. Długi czas omijałem ich pociski ze sporym powodzeniem, jednak nie wszystko poszło świetnie. Nagle mocno zatrząsnęło statkiem, informacja o uszkodzonym skrzydle przeszyła pokład. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, kolejny pocisk trafił w mój statek z taką siłą, że odtrąciło mnie od sterów. Jak na złość, w moją stronę leciała spora asteroida, jakby los chciałby mnie umyślnie zabić. Skierowałem dłoń ku sterom, z całych sił chciałem jakoś wyjść z tak nieciekawej sytuacji. Nie mogłem się ruszyć, co jeszcze bardziej zwiększało chęć osiągnięcia celu. I poczułem nagle jak coś przepłynęło przez moje ciało... Drążek zaczął się na moich oczach poruszać, szybko schodząc z linii zderzenia z asteroidą. Jednak ogólne uszkodzenia statku zmusiły mnie do wymuszenia ruchu ciała w celu możliwości sterowania statkiem już moimi własnymi rękoma. Udało mi się to po paru próbach, jednak było już za późno na cokolwiek. Wpadłem w atmosferę jakiejś planety, szybko sprawdziłem jej nazwę na konsoli statku - Lotrein... Chwilę popatrzyłem na tą nazwę, ale się otrząsnąłem przed rychłym zderzeniem z ziemią. Podniosłem lekko do góry statek, co spowodwało uniknięcie zrobienia ze mnie i statku sterty śmieci, ale pomimo tego musiałem awaryjnie lądować. Los chyba znów nie był po mojej stronie - przy samym końcu dostałem cześcią wewnętrzną statku w głowę i straciłem przytomność... Nie wiem dokładnie, ile minęło czasu, ale obudziłem się w małym lesie, wyglądającym na przyjaznym, jednak nauczono mnie nie ufać pozorom... Musiałem wykonać misję, a mój cyfronotes był uszkodzony. Żeby znaleźć kogoś, kto może tą usterkę naprawić, musiałem wyjść ze statku i ruszyć przed siebie. Odpiąłem blaster od pasa, natomiast przypiąłem do niego cyfronotes, otworzyłem mocnym kopnięciem i tak już prawie urwane drzwi wyjściowe statku i ruszyłem...

