Roth Kalar (ŚM) - PRZYJĘTY
: 3 cze 2009, o 18:44

- Część Ogólna1.
mię:Mateusz2.
iek:143.
oś o sobie:Lubię piłkę nożną, pisać różnego rodzaju dzieła literackie (od fraszek po opowiadania), jestem aktywny i często jestem online4.
wentualny kontakt z tobą:X-fire=rezo95 GG=2460273 E-Mail=rezo95@o2.pl5.
rędkość internetu:749
- RPG i JK31.
woje doświadczenie w Role Play.W JK3 rok, ale dwa lata w GTA SA:MP na serwerach Role Play Real Life.
2.
taż w grze Jedi Knight 3: Jedi Academy.Rok.
3.
laczego do Świadomych Mocy?Ponieważ nie toleruje podziału na dobro i zło. Dla mnie każdy jest dobry na swój sposób.
4.
lany, organizacje działające w JK3 w jakich byłeś. (Jeżeli nie ma - pomiń.)|GK|, HoDS
- Przedstawienie Twojej wirtualnej postaci1. Imię postaci.
Roth
2. Wiek postaci.
26
3. Rasa postaci.
Zabrak
4. Rodzima planeta postaci.
Anzian
5. Wygląd postaci (opis zewnętrzny).
Wysoki, potężnej postury (co często uniemożliwia mu swobodne oddawanie uników). Jak każdy członek jego rasy posiada kolce na głowie. Ma charakterystyczną bliznę nad lewą brwią.
6. Historia postaci (Minimum: 300 słów)

Urodziłem się na Anzianie, małej planecie która można by rzec, była królestwem emigrantów. Nikt nie wie kto zamieszkiwał ją na początku. Przez wiele lat, na planete przylatywało coraz to więcej ludzi różnych ras. Niestety, a może i stety, Zabraków było tam bardzo niewielu, może dwa tuziny. Planeta była bogata w jeziora oraz lasy. Mój ojciec był kupcem, handlował pożywieniem natomiast matka... Do dziś nic o niej nie wiem. Tata powiedział mi tylko, że matka musiała nas opuścić, a gdy byłem starszy tata zaraz zmieniał temat. Ponieważ jak już wspominałem, był kupcem na planecie wielorasowej, często miał problemy z klientami. Wiele razy wracał do domu pobity, bez grosza w kieszeni. Postanowiłem zapisać się na nauki walki wręcz by bronić naszego dobytku. Szkolić miał mnie były żołnierz Karetoo - planety słynącej z doskonałych umiejętności bojowych. Powiadano, że ich żołnierze są wybrańcami Kristana, bożka który był czczony przez okoliczne planety.
-Witam - powiedziałem do Karetoończyka który bacznie się przyglądał walce dwóch ludzi.
-Zaraz... - odpowiedział były żołnierz nie odrywając wzroku od ringu.
Po dłuższej chwili walka się skończyła.
-A więc o co chodzi? - zapytał.
-Chciałbym nauczyć się walczyć - odpowiedziałem patrząc z ciekawością w jego oczy.
-A w jakim celu, młody? - zapytał ze śmiechem w głosie?
-Jestem Roth i chcę... Chcę występować w zawodach ku chwale planety - odpowiedziałem by ukryć prawdę. Wstydziłem się, że mój ojciec nie radzi sobię z ulicznymi ochłapami.
-Hmm... Pomyślmy... Jesteś wysoki, ale gdzie ty masz mięśnie?! Zresztą nie ważne, przyjmuję Cię - odpowiedział drapiąc się po głowie.
-To kiedy zaczynamy? - zapytałem, nie mogąc się doczekać.
-Widzisz te ogromne koloseum? - spytał pokazując palcem.
-Tak, a bo co? - powiedziałem z obojętnością w głosie.
-Przebiegnij je do okoła cztery razy - odpowiedział z powagą.
-Żartujesz? - spytałem z przerażeniem.
-Biegiem! - wykrzyknął.
Po jakimś czasie udało mi się przebiec ten ogromny dystans. Nogi mnie bolały, ale wiedziałem, że nie mogę się poddać.
-I co? - powiedziałem z zaciśniętymi zębami.
-Dobra. Przyszykuj na jutro jakieś porządne buty i dobrze się wyśpij ponieważ idziemy na górę Takir - odpowiedział smarując ręcę dziwną maścią.
-Czyli na dzisiaj koniec? - spytałem uradowany.
-Tak, idz spać.
Rano wcześnie wstałem, zjadłem pyszne śniadanie które popiłem świeżą wodą, ubrałem buty i pobiegłem czym prędzej na salę. Mój "trener" czekał przed drzwiami wraz z dwójką młodych chłopaków.
-Jestem - rzekłem ssapany.
-Wreszcie, to są Bilgot oraz Karen. A teraz zamną. - powiedział wskazując w stronę góry Takir.
Po niecałej godzinie marszu, dotarliśmy na szczyt na którym stały trzy sterty kamieni po 6 w jednej.
-To jest wasze zadanie. Każdy z Was, ma przenieść sześć kamieni na dół. Wygrywa ten który zrobi to pierwszy. Obiecuję, że nagroda będzie sowita - powiedział z uśmiechem.
-Sześć kamieni? Przecież jedno zejście zajmuje godzinę! - odpowiedziałem z żalem w głosie.
Nagle spostrzegłem, że moi przeciwnicy już zaczeli nieść pierwszy kamień. Popędziłem co sił, żeby ich dogonić. Widząc, że nie mam szans uknułem w głowie morderczy plan. Odstawiłem kamień i pobiegłem na dół. Szybko dogoniłem Bilgota. Wziełem leżącą nieopodal gałąź i uderzyłem go z całej siły w plecy. Kamień który niósł nad głową, spadł miażdżąc mu nogi. Pobiegłem by gonić Karena, lecz nagle Bilgot mnie zawołał. Odwróciłem się i zamarłem. Moja ofiara trzymała w ręce tępy odłamek z głazu. Nim zdążyłem zrobić co kolwiek, cisnął nim w moją stronę. Miałem szczęście, że siła rzutu nie była zdolna zabić. Zostałem trafiony w czoło, tóż nad brwią. Do dziś mam w tym miejscu bliznę. Patrząc z pogardą na ofiarę mego mordu pobiegłem dalej. Biegłem zbyt głośno... Karen mnie usłyszał, ale idiota niast się bronić patrzył na mnie zdziwiony.
-Co ci się stało i gdzie twój kamień? - zapytał.
Popatrzałem gwałtownie w jego stronę myśleć co czynić dalej. Karen był bardziej zaawansowany w walce odemnie więc samobójstwem byłoby podjąć z nim bój. Jako, że byłem szybszy postanowiłem skłamać.
-Mistrz miał wypadek, pomóż! - wykrzyknąłem.
Pobiegłem pierwszy i zatrzymałem się przy swoim kamieniu. Gdy mój rywal zbliżył się do niego rzekłem.
-Żartowałem! - i podnosząc kamień popędziłem na dół.
Czas mijał, a ja byłem już przy 6 kamieniu. Karen również szybko się uwinął, lecz biegł dopiero po ostatni głaz. Stało się, wygrałem. Szczęśliwy szedłem spacerkiem do góry.
-Trenerze, udało się - rzekłem szczęśliwy.
-Dobrze, poczekajmy na Karena i Bilgota - powiedział nieświadomy niczego.
-Bilgot chyba uciekł... Nie widziałem go... - odpowiedziałem zaniepokojony.
Nagle przybiegł Karen.
-Mistrzu, mistrzu! Bilgot nie żyje! Jego zwłoki leżą na środku drogi! - krzyczał z płaczem w oczach.
-Czego ryczysz?! Czy nie uczę Was by być twardym? Jeśli sobie nie poradzisz, zginiesz tak samo jak on - odrzekł zdenerwowany.
-Co z moją nagrodą? - przerwałem szybko.
-Chodz zamną, a ty wez ciało Bilgota, spotkamy się na sali - rzekł.
Gdy doszliśmy na salę, zagadał do mnie.
-Słuchaj, napiszę dla ciebie list polecający. Udasz się z tym na sąsiednią planetę, Tyringe. Mieszka tam mój przyjaciel, Terk. Jest on najlepszym nauczycielem sztuk walki jakiego znam. Przyjdz tu jutro rano, wcześnie. Załatwię ci transport - powiedział, patrząc mi w oczy.
-Dziękuję - powiedziałem wybiegając.
Pobiegłem do domu. Od czasu zbrodni, coraz mniej pragnąłem pomóc ojcu. Moim celem stała się sława...
Wstałem bardzo wcześnie, ubrałem się, ale nic nie jadłem. Przed salą stał mój były trener oraz jakiś pilot.
-No Roth, czeka Cię całkiem nowe życie. Mistrz Terk jest wymagający, ale skuteczny - rzekł.
-Ruszajmy - powiedział pilot wchodząc do kabiny.
Wszedłem do myśliwca i wyruszyliśmy. Nie pamiętam ile trawła podróż, ale tak na oko z trzy godziny i dwa kwadranse.
-Jesteśmy, wysiadaj - powiedział srogo pilot.
Wyszedłem cicho i podążyłem do budynku przed nami.
-Szukam Mistrza Terka! - wykrzyknąłem.
Podszedł do mnie mały mężczyzna, pochodzeniem przypominający człowieka.
-A dlaczego go szukasz? - rzekł.
-Mam tu list polecający - odpowiedziałem, podając mu świstek.
Mikrus przeczytał go.
-A więc witam w moich skromnych progach - wyszeptał.
Trenowałem pod okiem Terka przez dobry rok, poznałem pewnego osobnika, był on Kel'Dorem. Miał na imię Huno. Nie był on wyjątkowo dobry, mimo, że trenował u tego mistrza co ja. Wkrótce zostałem vicemistrzem na mistrzostwach między planetarnych. Wszystko szło dobrze do czasu gdy Huno złożył mi propozycję.
-Ten cały Terk i jego szkolenia są gówno warte! - wykrzyknął.
-Co? - spytałem ze zdziwieniem.
-Ano to, że blokuje nasz rozwój! - wykrzyknął tym razem z żalem w głosie.
-I co zamierzasz z tym zrobić? - pytałem rozkojarzony całym zajściem.
-Słyszałem o pewnej planecie, jest tam tajemnicze bractwo które trenuje wszystkich, niezależnie od rasy, poglądów i tak dalej, i tak dalej - powiedział zacierając ręce.
-Pewnie to tylko plotki - rzekłem z obojętnością.
-Nie zaszkodzi spróbować. To idziesz czy nie? - zapytał.
-No nie wiem... - zająkałem się.
-Daj spokój! Jesteś moim przyjacielem czy nie? - powiedział próbując wydusić ze mnie wyrzuty sumienia. Skutecznie...
-No dobra, tylko jak tam się dostaniemy? - zapytałem próbując powstrzymać go od tej decyzji.
-Mój brat jest handlarzem i ma swój wehikuł - powiedział szczęśliwy.
-Powiadomię go i jutro wyruszamy - ciągnął dalej.
Huno spał w przeciwieństwie do mnie. Był moim przyjacielem, ale wiedziałem co tracę wyruszając z nim. To o co walczyłem, to do czego dochodziłem po trupach... Te nieczyste myśli przechodziły mi przez głowę, na szczęście zbliżała się godzina wylotu.
- Ua, a ty co nie śpisz? - powiedział przeciągając się.
-Nieważne, ruszamy? - spytałem.
Podróż była długa, chyba najdłuższa jaką przeżyłem. Jednak w końcu dolecieliśmy.
-Trzymaj się Gin - krzyknął do odlatującego brata.
-Dobra, chodzmy do knajpy, może tam coś więcej wiedzą - rzekł.
W knajpie stał starszy człowiek, z czarną czapką i Kel'Dor, barman. Huno podszedł do niego. Rozmawiali o czymś szeptem, coś usłyszałem, ale nic nie zrozumiałem, prawdopodobnie była to rozmowa w języku Kel'Dorianów.
-Wiem gdzie prawdopodobnie ich znajdę - powiedział szczęśliwy.
-Idz sam, ja się tu rozejrzę, czekam w knajpie - szepnąłem.
Mijały dni, a Huno nie wracał. Zacząłem się martwić.
-E, kelner. Pare dni temu rozmawiałeś tu z Kel'Dorem na temat tego tajemnego bractwa... - powiedziałem.
-Cii! Nie tak głośno - szepnął.
-Wiesz gdzie ich znajdę? - spytałem.
-Na pewno chcesz tam iść? Przecież twój kumpel nie wrócił... - rzekł zdenerwowany.
-GDZIE?! - wykrzyknąłem.
-Spokojnie, spokojnie. Za dwa Kerlingi dam Ci mapę z zaznaczonym punktem. - powiedział z uśmiechem na twarzy.
-Skąd zdobędę tą walutę? - zapytałem ze stoickim spokojem.
-Widzisz tego dziadka przy drzwiach? - spytał.
-No, a co? - odpowiedziałem.
-On prawdopodobnie je posiada, wyduś je z niego - szepnął.
-Grrr - warknąłem.
Czekałem spokojnie, aż staruch wyjdzie z knajpy i podążyłem za nim. Gdy przechodził przez najmniej zatłoczoną dzielnicę, powaliłem go. Myśl o ostatnim mordzie nie dała mi spokoju, więc postanowiłem, że nie zabijęgo... Ba! Ustanowię własny kodeks którym będę się kierował w życiu. Wróciłem do baru i podałem barmanowi dwa Kerlingi, a w zamian otrzymałem dużą mapę. Jako, że było ciemno postanowiłem pójść do gospody się przespać. Nie zdążyłem dojść, a już przekonałem się jakie mieszkają tu szumowiny. Zrobiłem coś bardzo dziwnego... Może kiedyś, w przyszłości, ktoś mi to wyjaśni. Otóż zaczepiło mnie trzech miejscowych bandziorów.
-Dawaj wszystko co masz - rzekł największy z nich.
-Tyle, że ja nic nie mam... - odparłem.
-A co to za mapa? Dawaj! - krzyknął.
Zaparłem się rękoma i nagle... poczułem jakby coś przechodziło mi przez rękę, a zbój odleciał... Jakbym go pchnął czymś nie widzialnym... Ale to nie koniec. Drugi rzucił się na mnie, pokonałem go w tradycyjny sposób z użyciem pięści. Jednak trzeci wyciągnął nóż. Jako, że byłem rozkojarzony i bezbronny zacząłem uciekać. Nagle biegłem coraz szybciej i szybciej. Po chwili nie było już nikogo za mną. Nie wiedziałem co się stało, ale byłem senny i musiałem wypocząć. Wyruszyłem do gospody.
Mimo wczorajszych przeżyć, czym prędzej wybrałem się do miejsca zaznaczonego na owym papierze. W nagłówku pisało "Fondar"... Tak pewnie nazywa się ta planeta. Miejsce zaznaczone na mapie było otoczone drzewami. W powietrz było czuć zapach... paliwa? Jakby ktoś tu lądował... Gdy poszedłem dalej we wskazane miejsce zobaczyłem dym...

