Strona 1 z 1

Na ratunek Koji

: 20 maja 2009, o 21:23
autor: Infanymous
<Zapiski Ucznia Jedi Geldrasa>

Dzień zaczął się tak, jak zwykle. Poszedłem coś zjeść, po drodze spotkałem Scara, który powiedział mi, że lecimy do stolicy Nite'ar. Nie zadając zbędnych pytań, zjadłem lekkie śniadanie i wybrałem się na lotnisko. Na lotnisku stali : Padawan Dreydahh, Uczeń Jedi Shilion, Rycerz Jedi Ragnar ze Scarem, mistrz Van Sin, Adept Aven i Adept Reen. Gdy chwilę porozmawialiśmy, wsiedliśmy na statek i wyruszyliśmy. Od razu na statku poczułem się zmęczony, postanowiłem się przespać. Nie minęło wiele czasu od mojej drzemki, bowiem dalej bylismy na statku. Wstałem, chciałem się czegoś napić, jednak zauwazyłem nadbiegającego mistrza. Odwróciłem wzrok w jego stronę, przed oczami przeleciała mi ręka. Cios spadł na mnie jak obuch, zakręciło mi się w głowie, czułem, że tracę kontakt z rzeczywistością. Ostatnia moja myśl brzmiała : "Dlaczego?". Jednak nie utraciłem całkowicie świadomości, docierały do mnie stłumione dźwięki. Leżałem, w końcu usłyszałem, że ktoś biegnie. Dużo istot, dziesiątki. Oblężenie. Chwilę później usłyszałem strzały blisko mnie. Równie szybko, jak je słyszałem, tak szybko umilkły. Słyszałem kroki i rozmowy, jednak nie potrafiłem rozpoznać słów. W końcu poczułem, że ktoś mnie budzi.
Gdy się ocknąłem, byliśmy w stolicy. Wyszedłem ze statku z innymi, na zewnątrz zaczęliśmy się naradzać. Dowiedziałem się, że szukamy jakiejś dziewczyny, że była w towarzystwie przemytników. Zaczęliśmy się rozglądać, kilka uderzeń serca później podszedł do nas obywatel. Zapytał, czy chcemy coś kupić. W razie niebezpieczeństwa, otoczyliśmy dilera. Zapytaliśmy, co konkretnie ma do zaoferowania. "Zimną śmierć!" usłyszeliśmy. Wyostrzyłem zmysły, trzymałem ręce w pobliżu ukrytego miecza świetlnego. Widząc nasz niepokój, diler szybko wyjaśnił, że chodzi o narkotyk. Odetchnęliśmy, jednak rozglądałem się na boki, zachowując czujność. W końcu, kompani, nie wiedzieć czemu, zaczeli dilera zastraszać. Ten rzucił się do ucieczki, przemknął mi się koło rąk i uciekał. Zacząłem go gonić, w moje ślady poszedł Shilion. Ścigaliśmy go, przy okazji pokazując całemu miastu, że mamy Moc. W końcu, orientując się, że wzbudzamy nie małe zamieszanie, zatrzymałem się, Shilion jednak pognał dalej za handlarzem. Gdy stałem, doszła do mnie reszta kompanii. Czekaliśmy na Shiliona, który zaraz wrócił. Postanowiliśmy zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. ZApytaliśmy Shiliona, gdzie uciekł diler, ten wskazał nam to miejsce. Poszliśmy tam. Gdy doszliśmy, stanęliśmy przed budynkiem, gdzie rzekomo zbiegł diler. Nie wiedzieć kiedy w wejściu stanęło czterech rodiańskich snajperów. Umknęliśmy na boki. Ja i Ragnar zaczęliśmy krzyczeć, że nie chcemy walki. W końcu wstrzymali ogień, gospodarz - gruby człowiek, zaprosił nas do środka. Ja zostałem przy wyjściu, pilnując tyłów. Rozmawiali o czymś, nie słyszałem ich, ponieważ mówili zbyt cicho. W końcu wyszli. Ragnar powiedział mi, że mamy się udać do budynku naprzeciw. Staliśmy przed wejściem owego budynku, gdy koło moich nóg przeleciała mi wiązka plazmy wystrzelona z blastera, odwróciłem się. Na dachu jednego z budynków stał człowiek mieżący do nas. Momentalnie zerwałem się, by dopaść zamachowca, czułem, że w moje ślady poszedl Dreydahh. Wskoczyłem na dach, napastnik rzucił się do ucieczki, biegłem na łeb, na szyję za człowiekiem. Gdy uciekinier skoczył z dachu na wiadukt, musiał przykucnąć, by nie połamać nóg. Dopadłem go. Próbował uciekać, jednak ciąłem po łydkach pozbawiając go nóg. Niedługo potem przyszła reszta kompanii. Shilion, gdy tylko zobaczył zamachowaca, wbił mu miecz w szyję. Natychmiast. Spojrzeliśmy na Shiliona, nikt nic nie powiedział "on mógl coś wiedzieć, nasza jedyna szansa właśnie leży martwa." pomyślałem. Staliśmy na wiadukcie, owdwóriłem się w lewo, na chodniku ktoś dusił jakiegoś człowieka. Interweniowaliśmy. Otoczylismy człowieka, ten puścił swoją ofiarę. Trzymałem ręce w pobliżu broni. Nie wiadomo jak, Ragnar rozkręcił temat o poszukiwanej przez nas dziewczynie. Okazało się, że ów człowiek jest czymś w rodzaju handlarza ludźmi. Chcieliśmy podjąć negocjacje, jednak ów złowiek chciał rozmawiać tylko z Ragnarem. Ragnar zgodził się, odeszli od nas, postanowiliśmy ich śledzić. Skakaliśmy po dachach, biegnąc za Ragnarem i handlarzem. Zatrzymali się koło wielkiego łuku. Rozmawiali chwilę, nie wiadomo skąd pojawiło się coś w rodzaju miejscowej straży. Wymierzyli w Ragnara i handlarza ludźmi, wykrzczeli formułkę nakazującą nie robienie gwałtownych ruchów, poddanie się itd. Po kontakcie z Dreydahhem, który był nieopodal, postanowiliśmy ogłuszyć strażników, by nie narobili szkód. Szybko się z nimi uporaliśmy, podeszliśmy do Ragnara i handlarza. Chwilę milczenia przerwał handlarz : "Wiecie co? Mam was dość, dam wam koordynaty do miejsca, gdzie jest dziewczyna i odpieprzcie się ode mnie" powiedział z nutką drwiny. Oddał nam koordynaty, na odchodne rzekłem : "No widzisz? Mamy koordynaty za darmo". Handlarz nie skomentował, gdy trochę się oddaliliśmy, Shilion dorzucił "I łowców nagród na karku". W myśli się z nim zgodziłem.
Dotarliśmy na wyznaczone miejsce, była to ta sama lokacja, co miejsce spotkania z Korinthem. Wysiedliśmy, idąc przez gęstwinę, natknęlismy się na niewielki opór, szybko uporaliśmy się z wrogiem. Doszliśmy do schrony, który był mi znajomy, w środku stali czterej oficerowie, zabiłem ich bez większych problemów. Zacząłem ich przeszukiwać, podczas gdy reszta gdzieś się udała, przeszukanie było dla mnie korzystne. Znalazłem 3 blastery, przeszukałem również napastnika, który wyskoczył z gąszczu, kiedy jeszcze tu szliśmy. Miał sobie miecz świetlny, bez wahania schowałem bronie. Zacząłem szukać przyjaciół, zauważyłem ich po niedługiej wędrówce, dozedłem do nich. Zauważyłem, że stoją w kółeczku nad klęczącą dziewczyną, a obok leżał martwy Chistori. Okazało się, że właśnie tej dziewczyny szukaliśmy. Dreydahh odciął jej kajdany, teraz stało się coś, czego nie mogliśmy przewidzieć. Dwóch napastników, wyleźli z gąszczu, szykowaliśmy się do walki, gdy dziewczyna wyzwoliła z siebie ogromne pokłady Mocy. Moc, siła. Moc, aura. Moc, potęga. Polegli, wszyscy. Byli napastnicy, była też Moc. Moc, niszcząca, a jednocześnie tworząca siła. Powaleni. Wszyscy... Staliśmy zszokowani, dziewczyna opadła na ziemię. Miałem iść po nosze, byłem przy statku, gdy powiedziano mi, że już nie trzeba. Wszedłem do statku, Koji stała koło mnie, jako pierwszy ruszyłem w stronę kantyny, wszyscy stali przy grodzi, jedynie Koji poszła za mną. Szedłem, Koji nawiązała ze mną rozmowę, podziękowała mi za pomoc. W końcu stało się coś, czego w życiu się nie spodziewałem. Koji chwyciła mnie za rękę, przyciągnęła delikatnie do siebie, czułem jej zapach. Jej oddech na moim policzku, w końcu jej miękkie i delikatne wargi zetknęły się z moimi. Szok, błogość. Pocałunek. Tkwiliśmy tak chwilę, muskając się nawzajem. Odchyliła się, widziałem jej twarz, teraz całkiem inną, ładniejszą, zgrabniejszą. Uśmiech upiększył widok, podziękowała mi jeszcze raz, po czym odeszła. Odetchnąłem. Zrobiło mi się gorąco, po chwili weszli inni. Udałem się do kantyny z błogim uśmiechem na ustach. Spotkałem po drodze Reena, zauważył mój uśmiech, zapytał, com taki szczęśliwy. "Nie ważne" odpowiedziałem krótko. Podeszłem do półki z napojami, wziąłem wino i 2 kieliszki. Przy stole siedziała Koji, dosiadłem się, zapytałem, czy wypije ze mną, zgodziła się. Piliśmy chwilę, gdy rozległ się komunikat o pomyślnym lądowaniu. Wysiedliśmy, na lądowisku stał Ojciec Koji, dziewczyna rzuciła mu się w ramiona. Odeszłem na bok, by przemyśleć sprawy, myślałem dość długo, odwróciłem się, Koji i jej Ojca już nie było. Nie wiedzieć czemu, poczułem coś w rodzaju smutku. Jednak przestałem o niej myśleć, dopiero teraz zauważyłem promienie jasno świecącego słońca oświetlającego wszystkie zakamarki. Poszedłem potrenować, dzień był jednym z lepszych.