Strona 1 z 1

Pierwszy Wdech

: 28 kwie 2009, o 11:34
autor: Scar Beal
"Notatnik rozbłysł jaskrawym światłem, w chwilę na ekranie zaczęły pojawiać się całe linijki tekstu"

Pierwszy Wdech Jedi
(Z zapisów Rycerza Jedi Scar'a Beal'a)


Dziś był ten dzień.Przygotowywałem się na niego od dłuższego czasu.Dzień próby, w którym Jedi pokażą że są do czegoś zdolni...

Słońce wzbiło się na niebo.Zimne mury świątyni Świadomych Mocy jak zwykle oblegane przez ciszę, karmiły ich mieszkańców słodkim snem.Przemierzałem akurat kompleks, gdy wyczułem że nasz cel zbliżył się do orbity Lethan.Duży Krążownik Imperialny klasy S.Wysłał właśnie grupę poszukiwawczą do jednej ze świątyń.Przeczytałem swoje notatki jeszcze raz.Nadszedł ten moment.Wziąłem komunikator.Wezwałem Padawana Ragnar'a, Adepta Shilion'a, oraz Adepta Geldras'a.Wytłumaczyłem im cel podróży.Wszyscy wyrazili zgodę na udział w misji.Nie zostało nic więcej do roboty, wzięliśmy podręczny ekwipunek, po czym wyruszyliśmy do świątyni.

Dotarliśmy do doliny.Pięknej, tętniącej życiem oazy.Droga tutaj nie zajęła nam wiele czasu.Stanęliśmy na chwilę, by odetchnąć.Ogarniał nas piękny widok.Skaliste, ciemne wzniesienia, wszystko w pustynnym klimacie.Lecz coś dawało kontrast w tym miejscu.Zieleń, piękna, kojąca wzrok natura.Po krótkiej chwili przerwy, uznaliśmy że możemy iść dalej.Ciszę przerwało wycie.Geldras ujrzał Howler'a.Długą jaszczurko-podobną kreaturę.Wyła sobie beztrosko podgryzając okoliczny krzak.Wiedzieliśmy że jest to agresywne z natury stworzenie.Postanowiłem że obejdziemy je, nie chcąc zabijać reprezentanta okolicznej natury.Gdy byliśmy niedaleko, Howler wyczul naszą obecność.Zaraz zaatakował jednego z Adeptów.Nie mogłem tracić czasu na ucieczkę.Podniosłem miecz nad siebie, stwór miał już zamiar wydać z siebie przerażający krzyk.W ostatnim momencie Ragnar pozbawił go głowy.Szczerze mówiąc, nie przywiązałem do tego większej uwagi.Rozejrzałem się.Zaczęło się roić od tych stworzeń.Z kojącej ciszy, trafiliśmy w centrum wielkiego zgiełku.Staliśmy się celem całej masy drapieżników z okolicy.Musieliśmy iść dalej, więc przemierzaliśmy te tereny, co jakiś czas napotykając Howler'ów, lecz nie pojedyńczo, tylko prawdziwymi hordami.Dotarliśmy do małego stawu, otoczonego paroma kolumnami.Niby nic, lecz całość wyróżniał jeden szczegół.Kolumna wystająca ze środka tafli stawu, nad którą widniał duży, błękitny kryształ, unoszący się ciut nad powierzchnią kolumny.Obracał się powoli, rozpylając w około delikatny strumień energii.Tak jakby witał nas w tym miejscu, lecz do niczego nie kusił.Jasna Strona Mocy karmiła to miejsce.Stąd kontrast natury na takim pustkowiu.Oddałem hołd przodkom, po czym ruszyliśmy dalej.Przechodziliśmy nad dużym sklepieniem.Przed nami ukazała się rzeczka, z malutkim mostkiem.Tuż obok nas znajdował się ołtarz.Specjalny układ płomieni, oraz barw, świadczył o tym, iż nawet tu dotarła Jasna Strona Mocy.Z znikąd, po drugiej stronie pojawiły się Rancorn'y.Jeden najwyraźniej był bardzo głodny, i obrał sobie nas jako posiłek.W parę sekund przemierzył rzekę, nim się obejrzałem był tuż nade mną.Ragnar odbiegł dalej, wraz z adeptami.Rancorn gonił za mną aż do sklepienia.Wtedy skoczyłem na nie, dosłownie znikając mu z oczu.Przede mną stał wielki głaz, wystarczyło by go delikatnie popchnąć, a zmiażdżył by bestie.Przygotowywałem się do tego, gdy pojawił się Geldras, prosząc a bym tego nie robił.Wtedy zrozumiałem ważną rzecz.Kazałem im zostać na sklepieniu.Sam zaś zeskoczyłem, udając się w stronę kryształu na kolumnie.Dotarłem do niego.Przywitał mnie ciepłem własnej aury.Klęknąłem przed jego obliczem.Zamknąłem oczy.Skupiłem się na jego życiodajnej aurze.Wyobraziłem sobie, że jest dymem który otacza kryształ.Powoli zacząłem go kierować bliżej siebie, aż w końcu dotarł do mojej mechanicznej dłoni.Swej aury użyłem jako formę, gdyż zapanowanie nad mocą kryształu pewnie by mnie zabiło.Przyłożyłem drugą dłoń, formując co raz potężniejszą kulę, utrzymując jednocześnie proporcję.Kula się zapełniła.Czułem moc w całym swoim ciele, werbalnie, i też nie.Wiedziałem że mogę zrobić wszystko.W ziołem wdech, wyszeptałem "Wybaczcie..", po czym skierowałem ją do ziemi.Rozmyła się po niej jak wielka kropla wody.Tylko że zalała wszystko.Poczułem aurę jakiegoś stworzenia koło siebie, później coś naturalnie pięknego, lecz nie dających zwykłych znaków życia.Krzyk umilkł, klimat najzwyczajniej opadł, zrobiło się... Przyjemnie.Otworzyłem oczy, ujrzałem jak wszystko żyje na nowo.Piękny obraz zalewał moją duszę, lecz nie pozwalał mi się utopić, gdyż wtedy czułem się jak spragniony, który mógł w nieskończoność być w pod wpływem tego napoju.Usłyszałem słowa "Scarze, zbudź się!Chyba się udało".Ujrzałem Geldras'a, rozglądającego się po okolicy.W ziołem wdech, by przywołać racjonalny tok myślenia.Zebrałem grupę, mogliśmy ruszać dalej.Na wszelki wypadek przeszedłem obok Rancorn'a, zajoł się swoją czynnością, czyli spaniem.Uśmiechnąłem się, po czym wskazałem jaskinie dzięki której dojdziemy w wytyczone miejsce.Ruszyliśmy dalej..

Przez dziesięć minut podróży w mroku w końcu ujrzałem wyjście.Trafiliśmy na zielone wzgórze.Kazałem Ragnar'owi wraz z Shilion'em czekać aż ich wezwiemy.Pod osłoną głazu, z Geldras'em tworzyliśmy plan.Wzgórze ciągnęło się do góry, a wszędzie były klony.Plan był zatem prosty.Atak, z miejscową osłoną.Ruszyliśmy na pierwszy odział, ja od lewej flanki, Geldras zaś z prawej.Dotarłem do brygady.Otworzyli ogień.Dzięki podcięciom Niman'a, oraz wyczuciu, wybroniłem się od ostrzału, w mgnieniu oka znalazłem się pomiędzy klonami.Ich broń nie miała teraz żadnych szans.Powalałem jednego po drugim, w końcu wszyscy polegli.Rozejrzałem się, brakowało Geldras'a.Znalazłem go leżącego, na szczęście został tylko draśnięty.Zmieniłem plan, teraz nie biegniemy osobno, tylko w zwartym szyku.Kierowaliśmy się na wzgórze.Po drodze powalając kolejne jednostki Imperium.Znaleźliśmy się przy świątyni.Nie miałem okazji na podziwianie widoków, więc gdy Geldras zajął się Szturmowcami z przodu, ja wskoczyłem na dach, i postanowiłem że zajdę ich z drugiej strony.Tam zauważyłem jakąś postać, nagle znikła, przetarłem oczy, chciałem właśnie skoczyć w dół, gdy pojawił się Geldras.Oznajmił że dół czysty, oraz również zauważył ową postać.W dachu był otwór, prowadzący do wnętrza świątyni.Tam widzieliśmy całkiem potężną grupę uderzeniową.Zaczęli strzelać, lecz nie w naszym kierunku.Znów ta postać.Przechodziła jak by nigdy nic, zabijając przy tym co raz więcej szturmowców, zniknęła gdzieś w świątyni.Wyglądała jak zjawa, spojrzałem na Geldras'a, przez moment naszła mnie myśl, żeby wrócić, lecz przy tym rozwoju wydarzeń, było to nie możliwe.Zeskoczyliśmy w dół.Rozejrzałem się w okolicy.Świątynia to budowla zbudowana z białego kamienia.Przednią część postawiono na filarach, zaś górne części zdobił panteon.Po wzgórzu rozległ się niesamowity wybuch.W moim planie, mieliśmy odlecieć lambdą, jedna już wybuchła, pozostała druga, na niższych szczytach wzgórza.Schroniłem się za ścianą, odłamki wpadły do środka, tak to Lambda.Zerknąłem na Adepta, cały i zdrów, zeszliśmy po schodach prowadzących na niże wzgórze.Po drodze spotkaliśmy pojedynczych żołnierzy, najwyraźniej nasz Przybysz nie przeszedł tędy.Dotarliśmy na dół.Od Lambdy dzielił nas tylko most, wyglądał na solidny.Z drugiej strony aż roiło się od klonów.Wybiegliśmy, ja zostałem postrzelony w nogę.Geldras wycofał się wraz ze mną do okolicznego głazu.W tę nadszedł przybysz.Podszedł do nas, spojrzał na mnie, po czym zaczął regenerować moją ranę.Posługiwał się mocą, będącą domieszką Jasnej strony, oraz energią wynikającego z miecza świetlnego, który błyszczał charakterystycznym światłem.Rana została zasklepiona.Powiedział abyśmy się nie ruszali.Głos miał jak by.. Mechaniczny.Ruszył na klony, nawet nie włączył miecza, żaden z pocisków go nie trafiał.Zepchnął ich jednym ruchem dłoni.Nie wiedziałem kim jest ta istota, lecz była niezwykle.. Potężna.Oczyścił nam drogę, przed stawiłem się mu.Opowiedział że zna nasze imiona, po czym dodał, że przed wczoraj był w Świątyni Świadomych.Nie zdumiało mnie to.Skoro zniszczył bez użycia miecza, całą brygadę szturmowców, kamuflaż w takim miejscu jak Świątynia Świadomych, musiał być drobnostką.Poprosił nas o jedno, a byśmy wracając z misji, wrócili tutaj.Nawet nie zadawałem pytań, nie było potrzeby, droga na Niszczyciel stała otworem.Przedstawiłem plan Geldras'owi.Przebrał się za klona, odczytał jego numer identyfikacyjny, po czym wsiedliśmy do Lambdy.Statek nie został uszkodzony.Posiadał nawet pełen zestaw medyczny.Usiadłem za sterami.Trochę rozregulowane krzesło skrzypiało, lecz dało się na nim wysiedzieć.Włączyłem główny panel.Setki przycisków zabłyszczały, mały pulpit niedaleko również.Wcisnąłem parę z nich.Silniki zaczęły się nagrzewać.Geldras zapiął pasy.Pociągnąłem za drążek, oraz przywróciłem niektóre systemy, i skierowałem statek ku niebu.Dałem silnikom więcej mocy, co poskutkowało delikatnym szarpnięciem, lecieliśmy na orbitę..




Geldras odpoczywał siędząc przy ścianie, ja spoglądałem w pustkę kosmosu.Zapadła cisza, nie chciałem nic mówić.Wiedziałem że przypomina sobie plan, analizuję różne możliwości.Ja zaś, zastanawiałem się nad głównymi systemami obrony Imperium, oraz wspominałem sobie trening z Anks'em, Cread'em, ze wszystkimi, pomyślałem, że mam szansę do nich dołączyć.Ciszę przerwało pikanie jednego z systemów.Naglę, jak by znikąd, ukazał się nam wielki krążownik Imperium."Lambda, podaj swój identyfikator" głos jednego z dowodzących statkiem, zaczął wypytywać nas o identyfikatory.Geldras podał kod i przyczynę powrotu na okręt."Zezwalam na lądowanie, witamy na pokładzie".Tu komunikator przestał nadawać.Wylądowałem statkiem.Wyłączyłem konsolę, spojrzałem na adepta, "Skuj mnie" podałem kajdanki.Skuł mnie, po czym wyprowadził na zewnątrz.Rampa opadła, grupka klonów przyszła nas przywitać.Szedłem przed Geldras'em, na plecach czułem lufę blastera.Rozejrzałem się, wszędzie odbywały się pracę, naprawiano Tie, lub prowadzono musztrę.Nad nami unosił się przezroczysty mostek, z którego dowodzący lądowiskiem mogli się nam bliżej przyjrzeć.Oświadczono im iż wymordowałem cały zespół poszukiwawczy, i tylko szturmowiec za którego Geldras był przebrany, przeżył.Nie witali mnie z uśmiechami na twarzy.Byłem ich więźniem, mordercą ich kompanów, musieli się odwdzięczyć.Bito mnie po drodze do więzienia.W tym miejscu rozdzieliłem się z Geldras'em, przypomniałem mu telepatycznie o miejscach w jakich ma podłożyć ładunki.Lądowisko wyczyszczą Ragnar oraz Shilion.Nie zostało nic, oprócz czekania aż zgaśnie prąd, oraz bariery w więzieniu opadną, i wrócimy na statek.Zacząłem medytacje.W oczekiwaniu na działania naszego szpiega.Usłyszałem otwarcie się drzwi, czyżby chcieli mnie pomęczyć?Może przesłuchać?Wiedziałem że zaraz się tego dowiem.Był to klon, ubrany w kombinezon służący chyba do walki w mroźnych warunkach.Opuścił barierę, podszedł.Wstałem.Zdjął hełm, opowiedział, iż jest jednym z łowców głów.Powiedział abym klęknął, wtedy zabije mnie szybciej.Uklęknąłem przed nim, wyciągnął broń, po czym ja pchnąłem go mieczem świetlnym.Poczułem ciężar jego ciała, gdy opierał się o mnie.W celi rozbłysło od zielonego ostrza.Poczułem zapach spalonej skóry.Mój morderca nie żył.Włączono alarm, przebrałem się za niego.Na szczęście zdjął hełm.Niestety zauważyli jego nagie ciało, musiałem walczyć.Pierwszy oddział jaki wtargnął do sali został szybko powalony.Wydostałem się drugimi drzwiami.Trafiłem do pokoi mieszkalnych.Użyłem medytacji do wyszukania wrogów.Nie daleko była mała grupa.Rozprawiłem się ze wszystkimi.Dzięki korytarzom dotarłem do baru.Niestety stąd nie było wyjścia.Wróciłem, po czym przedarłem się przez sporą brygadę szturmowców.Musiałem wracać.Wydałem polecenie oczyszczenia Lądowiska.W chwile Geldras uruchomił zapalniki.Prąd zgasł.Mieliśmy wolną drogę.W parę minut znalazłem się na lądowisku.Czerwień świateł oświetlał delikatnie wnętrze lądowiska.Shilion utrzymywał pozycje obronne.Zdążyłem zobaczyć jak zostaje postrzelony w nogę i upada.Rzuciłem się w stronę beczek, byłem tuż obok sporej brygady szturmowców.Gdy zbliżali się do rannego adepta, wyskoczyłem, po czym zabijałem jednego po drugim.Niestety, oddziałów było co raz więcej, a moich sił, co raz mniej.W końcu pojawił się Geldras.Wsiedliśmy do statku, Adept zdetonował ładunki.Silniki zaczęły wybuchać, my wydostaliśmy się z krążownika.Wybuch konkretnych systemów spowodował reakcje łańcuchową.Krążownik eksplodował.Jeszcze było widać jak w sekundę ulatniają się setki maleńkich kapsuł, które pękały niczym bańki mydlane, przez chwile dając maleńki płomyk.Odetchnęliśmy z ulgą.Wracamy na planetę.

Przywróciłem współrzędne miejsca z którego startowaliśmy.Odnalazłem białą świątynie, tak to było tutaj.Zniszczona Lambda, oraz dziesiątki ciał Szturmowców Imperium pomogły w identyfikacji tego miejsca.Posadziłem pojazd na ziemi.Opuściłem rampę.Zerknąłem na Geldras'a.Niestety ten nie dawał znaku życia.Reszta opuściła pojazd.Ja musiałem mu pomóc.Niestety moja siła medytacji nie miała tak wielkich możliwości.W ziołem jego ciało, po czym położyłem na ołtarzu świątynnym.Wtedy podszedł nasz przybysz.Stworzył coś w rodzaju... Półkuli która przykryła Geldras'a, oraz przywróciła jego funkcje życiowe.Przedstawił się.Nazywał się Van Sin, był Wielkim Mistrzem Jedi, powiedział że może nam pomóc się zjednoczyć.Na to czekaliśmy.Sprowadził nas na dziwną planetę Nite'ar.Znaleźliśmy się na dziwnej akademii.Był to niesamowity kompleks, zdawał się.. Lewitować w powietrzu.W środku spotkaliśmy dziwnego Mistrza Jedi.Uświadomił nam co zrobiliśmy stając się Szarymi Jedi.Po czym opowiedział o pozostałych Mistrzach Jedi.Najbardziej szczegółowo opisał Mistrza z Dantooine.Wiedzieliśmy że to tam trzeba będzie się udać.Dziś Jedi wzięli swój pierwszy wdech, każdego z nas ogarniała duma, jak i nadzieja, na lepsze jutro...


Rycerz Jedi Scar Beal

"Koniec zapisu notatnika"